Czemu to służy?

Wielokrotnie słyszałem – i to do dziecka – że zadaję za dużo pytań. Zazwyczaj komuś. Teraz jednak spróbuję sam sobie odpowiedzieć na pytanie o tak zwany akcjonizm. A konkretnie o zbitkę dwóch wyrazów: „ekologiczny akcjonizm”. Zacznijmy od „akcjonizmu”; nie będzie to jednak klasyczny wywód z analizą wiedeńskiego akcjonizmu czy innych nurtów. Mam bowiem przed oczami pewien obraz. Nie jest on zapisem mojego bezpośredniego doświadczenia. Do budynku wchodzi mężczyzna trzymający obskubanego koguta i krzyczy: „Oto jest człowiek Platona”! Wydarzenie to miało miejsce w Atenach w IV w. p.n.e. Platon, poszukując definicji człowieka, określił go jako „zwierzę dwunożne, nieopierzone”. Kiedy usłyszał o tym Diogenes z Synopy, przyszedł do Akademii z oskubanym kogutem. Prowokacyjny happening odniósł swój skutek. Akademia, chcąc naprawić definicję podaną przez swojego mistrza, dodała: „z płaskimi paznokciami”.

Można by się pokusić aby za prekursora „akcjonizmu” uznać właśnie Diogenesa, przynajmniej w obrębie rozpoznawalnych postaci historycznych. Osobiście mam mieszane odczucia na temat tego filozofa mieszkającego w beczce – sam nie wiem na ile był filozofującym ekscentrykiem, na ile szaleńcem, który dobrze wstrzelił się ze swoim obłędem – by zaistnieć w historii filozofii. Z jednej strony mogą frapować i inspirować jego performance, jak chociażby ten kiedy przechadzał się w ciągu dnia po mieście z zapalona lampą, a zapytany „co robi” odpowiadał, że szuka człowieka; z drugiej strony może zniesmaczyć fakt, iż podobno onanizował się publicznie na rynku miasta, a także wypróżniał gdzie popadło. Przyjmijmy jednak, iż działania Diogenesa z Synopy były formą intelektualnej prowokacji – mającej pobudzić krytyczne myślenie. To absolutnie nie to samo, co działania wpisujące się w walkę na kulturowym froncie, mające za podłoże fanatyczną ideologię dążąca do przewrotu społecznego, a często zwykłą głupotę podszytą megalomanią.

Jeżeli prowokacja zawiera w sobie na serio postawione pytanie: „czym jest prawda” lub „co to jest prawda”, to ma sens. Diogenesi są potrzebni na marginesie kultury, jako zdrowy przejaw kontestacji, podobnie jak każda władza potrzebuje konstruktywnej opozycji. Jeżeli jednak rzuca się „gównem” w ważne dla wspólnoty wartości, na podobnej zasadzie jak dzieci rzucają kamieniami w gniazdo os, to mamy prawo poddawać takie działania negacji, lub idąc za przykładem Diogenesa, wejść do przybytków „współczesnej sztuki”, dzierżąc w ręce worek z psimi odchodami i zawołać: „oto jest sztuka!”

Raj utracony

Człowiek jest intruzem na Ziemi. Nie jest ukoronowaniem dzieła stworzenia, ideą nadrzędną w naturze ale jej wrogiem i zagrożeniem. I o ile jakobini widzieli rozwiązanie w mordowaniu arystokracji, komuniści inteligencji i kleru, a niemieccy naziści Żydów i Słowian, o tyle „ekologiczni akcjoniści” – w duchu posthumanizmu – zdają się widzieć rozwiązanie w usunięciu człowieka z życia na ziemi w ogóle, jako podstawowego problemu – o ironio – życia na Ziemi. Nie przedstawiono oczywiście jeszcze żadnego sprecyzowanego „ostatecznego rozwiązania” tej kwestii, ale nie brakuje deklaracji światopoglądowych „wpływowych intelektualistów”, że Świat byłby lepszy bez człowieka, że człowiek to najgorsze zwierzę na ziemi itp. Tak też z grubsza brzmi mantra neo-ekologów… a może post- ekologów. Trudno oprzeć się też wrażeniu, że stoi za tym rodzaj skrajnie nihilistycznej, a zarazem płaskiej filozofii egzystencjalnej, będącej paliwem dla postawy życiowej, która to z kolei – w desperacji – szuka rozwiązań radykalnych; przyroda jawi się jako fetysz neopogańskiego kultu, obiekt niemal religijnej czci, natomiast ludzie, to nie zbiorowość jednostek, ale masy społeczne „zatruwające” Ziemię niczym robactwo. Najgorszym rodzajem tego insekta są jednostki wierzące w etos narodowy.

W tej sprzecznej, pełnej dychotomii oraz zaprzeczeń, wizji człowieka i rzeczywistości, a ogólnie Świata, „ekologiczni akcjoniści” będą pochylali się nad każdym bezdomnym kotkiem czy pieskiem, lub przykuwali się łańcuchami do krzaka, a z drugiej strony bez wahania pójdą ręka w rękę z aktywistami postulującymi aborcję na żądanie, traktującymi zabicie człowieka w łonie matki jak zabieg higieniczny. Czym jest więc dla nich natura życia, czy w ogóle zadają sobie takie pytanie na poważnie? Skoro bowiem człowiek w łonie matki jest li wyłącznie zbitką komórek, a moralność wynika tylko z pewnej umowy społecznej (stadnej) a nie jest odbiciem „wiecznego prawa”, to walka w obronie praw zwierząt wydaje się jedynie intelektualną fanaberią. Negując ontologiczną naturę „dobra” i „zła”, sprowadzając wszystko do „materii”, niechybnie wkraczamy na grząski grunt relatywizmu. Jeżeli natomiast za punkt odniesienia przyjmiemy „świat przyrody”, gdzie jednostki silniejsze eliminują te słabsze, to chcąc nie chcąc zbliżamy się do ideologii nazistowskiej, której to wykładnią i podstawą była filozofia Volkizmu oparta na brutalnym darwinizmie. W takim ujęciu ujmowanie się za prawami zwierząt, „mniejszości” czy „wykluczonych” nie ma żadnego głębszego uzasadnienia. Wszystko bowiem w takim Świecie może być w z g l ę d n e !

Oczywistości

A przecież, gdy nie ma podmiotu przeżywającego doświadczania, nie ma też  tych doświadczeń. To, że żurawie przelatujące na tle zachodzącego słońca wydają się nam piękne, to nie znaczy, iż to przeżycie realnie istnieje poza nami. I w jakimś sensie „obiektywizm” w przeżywaniu świata jest jednym z podstawowych dylematów filozofii. „A zatem to, co bezpośrednio widzimy i czujemy, jest jedynie zjawiskiem, które uważamy za oznakę pewnej kryjącej się za nim rzeczywistości. Jeśli jednak rzeczywistość nie jest tym, co się jawi, to czy dysponujemy jakimikolwiek środkami, aby dowiedzieć się, czy w ogóle jakaś rzeczywistość istnieje? A jeśli tak, to czy możemy w jakiś sposób stwierdzić, jaka ona jest?”[1]

Przyroda jawi nam się jako „piękna”  czy „uwznioślająca”, przeżywamy ją często w sposób mistyczny, ale ona sama dla siebie jest ciągłą walką o przetrwanie, poligonem wojennym gdzie wszystko podlega bardzo brutalnym prawom. To właśnie (może tylko?) w świecie człowieka istnieje zachwyt nad pięknem, altruizm oraz miłość – która jako zasada przekracza ramy walki o zachowanie gatunku. Wobec tego istnienie zła jest kwestią podstawowego dylematu człowieczeństwa, który to wyraża się – jak i zawiera – w dualizmie doświadczenia egzystencjalnego. Zwierzęta nie wiedzą o istnieniu „drzewa poznania dobra i zła”, podobnie jak nie wiedzą, że dwie równoległe proste nigdy się nie przetną, a najmniejszą, niemierzalną częścią płaszczyzny jest punkt.

Bądźmy poważni!

Czy obrazy Iwana Szyszkina miały na celu edukację ekologiczną, czy „Dziejba Leśna” Leśmiana to poetycki manifest ekologiczny? A może Henry David Thoreau mieszkający w swojej chacie nad brzegiem jeziora Walden to pierwszy poważny eko-akcjonista? Odpowiadam: Bądźmy poważni!

Kim są zatem ludzie z dredami, przykuwający się do drzew łańcuchami. Dlaczego za cel swoich działań obierają zazwyczaj bezpieczne cele, tak często zgodne z interesami lobby przemysłowego, aby nie pokusić się wręcz o tezę, że działają na zlecenie. Nie protestują przed gmachami wielkich, ponadnarodowych korporacji, realnie dewastujących  przyrodę w Afryce czy Ameryce Południowej, nie przeszkadza im McDonald produkujący codziennie tysiące ton śmieci – jednorazowych opakowań. Na celowniku kolorowej eko-ferajny znaleźć się może natomiast polski rolnik, budowa drogi w Polsce – zagrażająca siedlisku żabki bądź jaszczurki, palenie zniczy w czasie Święta Zmarłych, ewentualnie konieczna wycinka drzew. I tu znowu mam przed oczami pewien obraz: Kazanie do ptaków autorstwa Giotta di Bondone, przedstawiające św. Franciszka w rozmowie z ptakami. Co różni te dwie postawy: współczesnych „ekologów” i średniowiecznego świętego? Pierwsza to „zadyma”, odwoływanie się do emocji, często nienawiść do innego poglądu, traktowanie ogółu społeczeństwa jak zacofanego motłochu, całkowity brak zrozumienia złożoności problemów współczesnego świata. Sytuacja gdzie można się lansować jako jednostka bardziej świadoma od innych, choć często jest się tylko pożytecznym idiotą na froncie ideologicznej i gospodarczej wojny. Druga postawa jest pełna pokory i miłości, to dogłębna świadomość natury rzeczy, duchowe przebudzenie – epifania, doświadczenie jedności w Prawdzie każdego bytu. I tu znowu rodzi się pytanie, na ile sztuka jest odbiciem swoich czasów. Jak to jest możliwe, że w czasach „mroków średniowiecza” powstawały takie arcydzieła jak chociażby obrazy Giotta, a wiek „rozumu”, „demokracji”, „ekologii” i „tolerancji” wprowadził na salony sztuki zwykłą kloakę – przemoc, drwinę i autoagresję.

„Terminofilia”

Czy tak zwany akcjonizm to nurt współczesnej sztuki, czy raczej aktywizm społeczny? W świecie odartym z Tajemnicy wszystko podlega wyjaśnieniom i etykietyzacji. Człowiek traci zdolność spontanicznych reakcji oraz naturalnych, ludzkich odruchów. Matkom nie wystarcza miłość i intuicja, a coraz więcej ludzi zamiast odwołać się do zwykłej empatii, wertuje kolejne podręczniki coachingu. W takiej rzeczywistości trzeba wydawać pieniądze na akcje uświadamiające społeczeństwo, aby nie bać się mówić niewidomym „do zobaczenia”. To wyśmienity czas dla intelektualnych grafomanów. Każdy znajdzie tu miejsce dla siebie aby być „kimś”, jednocześnie nie będąc nikim konkretnym. Ot, chociażby „akcjonistą”. Metoda działania jest dość prosta, wystarczy bowiem opracować (wymyśleć) jakiś rodzaj afirmacji, aby zwykłą i banalną czynność wynieść do rangi „sztuki”… a przynajmniej zorganizować na jej temat szkolenie czy warsztaty.

W społeczeństwie wysoce konsumpcyjnym, gdzie na skutek zmian ekonomicznych oraz transformacji struktury gospodarczej jak też społecznej zanikło wiele zawodów i zajęć, „uprawianie sztuki”  stało się wyjątkowo atrakcyjnym poletkiem dla zwykłych hochsztaplerów i ignorantów. W zbyt wielu aspektach granica pomiędzy propagandą ideologiczną, pseudo socjologią, zabawą, pop-psychologią, post-filozofią a „sztuką” właściwie się zatarła. A sami zainteresowani obejmują rzeczywistość, w której to żyją w stopniu niewiele większym od pięcioletniego dziecka. Z tą może tylko różnicą, że dziecko nie reaguje agresją, gdy próbuje się mu tłumaczyć związki przyczynowo skutkowe…

Malik wraca na drzewo (stamtąd podobno przybył człowiek)

Jeśli by szukać działań w przestrzeni w publicznej o podobnej randze czy też wartości intelektualnej, to działaniom Cecylii Malik najbliższe będę szkolne „happeningi”, polegające na topieniu Marzanny. Natomiast w sensie wartości społecznej, to działania „artystki” z Krakowa są – delikatnie ujmując-dalece przereklamowane. Na terenie całego kraju – zwanego Polską, ludzie walczą o ochronę zielonej przestrzeni – chroniąc ją prze zakusami chciwych deweloperów, a praktycznie w każdym większym czy mniejszym mieście młodzież szkolna bierze udział w akcjach sprzątania lasów, otoczenia rzek, jezior czy po prostu zielonych terenów. Jedyna różnica polega może na tym, że starsze panie, miłośnicy przyrody, harcerze czy społecznicy wolni są od zakusów megalomani oraz narcyzmu – aby swoje działania nazywać „sztuką”. Nie uważają się też za „edukatorów” czy „ekologów”. Nikt też nie wpada na pomysł aby włazić na drzewa, robić sobie zdjęcia i rościć prawo do uznania tego za sztukę. Są to zresztą działania tylko udające spontaniczność, a w gruncie rzeczy będące zwykłym pozerstwem – z jakimś bliżej nie określonymi ambicjami. Jedno jest pewne – produkt „Cecylia Malik” się sprzedaje.

To się jednak (nie) sprawdza

Egzaltowane wygłupy Malik znalazły oczywiście z czasem uznanie publicystów Gazety Wyborczej, podobnie jak facet biegający w rajtuzach w czasie procesji religijnej o szczególnym dla wierzących znaczeniu. Chodzi o osobę łódzkiego „performera” Pawła Hajncela, znanego także jako „Człowiek-Motyl”, który w Boże Ciało zakłócił procesję w Warszawie. W 2011 roku Hajncel dołączył do procesji Bożego Ciała przebrany za motyla. Hajnclem zajęła się wówczas prokuratura, ale sprawę ostatecznie umorzyła. Gazeta Wyborcza nie omieszkała na swoich łamach przeprowadzić z tym „niepokornym artystą-akcjonistą” obszernego wywiadu, czyniąc go tym samym męczennikiem na ołtarzu „wolności wypowiedzi artystycznej”.

Nie ma się zresztą czemu dziwić, ponieważ „Komintern z Czerskiej” od zgoła trzydziestu lat pracuje nad podmianą elity intelektualnej w naszym kraju. A raczej wyhodowaniem takowej. Pożywką ma być właśnie taki „intelektualny miał” jak dziewczyna łażąca po drzewach czy facet w rajtuzach, ewentualnie zmanierowany dandys i kabotyn, rzucający w przestrzeń publiczną: „pie**ol się Polsko” ( nie wiem czy Polsko przez duże „P” jest zgodne z intencjami autora). Miejsce Dunikowskiego czy Wróblewskiego w polskiej sztuce mają zająć „intelektualiści” i „artyści” z nowego nadania, pokroju chociażby Moniki Drożyńskiej, specjalizującej się w haftowanych makatkach (sam takie wykonywałem w połowie lat 80. na zajęciach praktyczno-technicznych w szkole podstawowej), których to podstawową treścią intelektualną są motta w stylu: „wrażliwość księżniczki, wytrzymałość ku**y” lub „Poroniła czy zabiła”[2].

Zamiast pokazać zwykłych ludzi dbających o swoje otocznie, utrzymuje się stereotyp Polaka homofoba wywożącego śmieci do lasu w koszulce z „żołnierzami niezłomnymi”. Plebsem są „dresiarze”, „kibole”, katolicka tłuszcza, „Polska prowincjonalna”, „Polska B”. Zagrożeniem dla demokracji patrioci i konserwatyści. „Ekologiczni akcjoniści” to ten wąski, nadświadomy margines, Europejczycy, awangarda społeczna, super elita skupiona wokół środowisk czytających Gazetę Wyborczą czy Krytykę Polityczną. Po jednej stronie tej batalii o kształt kultury w Polsce są stypendia, apanaże, akademickie sympozja, wyróżnienia, „Paszporty Polityki”, nagrody Nike, a nawet „Noble”, po drugiej ma być ciemnota, zawiść, nacjonalizm oraz frustracja „nieudaczników” propagowana w ciasnych i dusznych pomieszczeniach. Dożyliśmy smutnych czasów, gdzie aby zostać zauważonym „intelektualistą” wystarczy być gejem, weganinem, feministką, mieć dredy lub złożyć publiczną deklarację o współudziale Polaków w Holokauście; aby robić karierę na artystycznych salonach należy przybić zużytą podpaskę do krzyża lub przypiąć się łańcuchem do żywopłotu – trzymając koniecznie kurczowo w ręce ekologiczną torbę w kolorach tęczy.

Czekam zatem z nadzieją na nowego, autentycznego Diogenesa…

 

przypisy

[1]Bertrand Russell, Problemy filozofii, tłum. Wojciech Sady, Warszawa 1995, s. 4.

[2]https://www.artsy.net/artwork/monika-drozynska-wrazliwosc-ksiezniczki-wytrzymalosc-kurwy [dostęp online: 9 grudnia 2019 r.]