ilustracja: Wojciech Korkuć

Rok temu tęczowe flagi zawisły na poznańskich ulicznych latarniach w dniach organizowanej przez stowarzyszenie Stonewall parady, promującej dumę z postawy homoseksualnej i innych nienormatywnych przejawów ludzkiej seksualności[1]. W tym roku nie tylko ponownie zawisły flagi, ale także chorągiewki na poznańskich tramwajach. Co prawda chorągiewki zniknęły po jednym dniu, ale i tak z perspektywy organizatorów tego wydarzania jest to postęp. Nie zdziwiłbym się, gdyby w przyszłym roku nie tylko pojawiły się flagi, chorągiewki, ale także tęczowe szarfy na poznańskich pomnikach. Wszystko wskazuje na to, że tak być może, że właśnie taki jest kierunek zmian. Czy nieuchronny?

Dla wielu osób, które z dystansem podchodzą do środowisk eksponujących swoją seksualność i domagających się dla niej aprobaty, tęczowa flaga jest czymś nieszkodliwym. Choć sami by takiej flagi nie wywiesili, nie mają jednak nic przeciwko eksponowaniu jej w przestrzeni publicznej. Tym bardziej, że grupy protestujące przeciwko eksponowaniu flag, przedstawiane są jako agresywne i fanatyczne. Kto chciałby być uznany za fanatyka? Rzeczywiście, protestujący przeciw środowisku tęczowej seksualności często robią to zbyt emocjonalnie, używając mocnych słów i haseł. Z kolei tęczowa parada na ich tle ukazuje się jako radosna, barwna, otwarta. Przynajmniej w przekazie sprzyjających jej mediów. Czy jednak rzeczywiście pod tą zewnętrzną deklaracją otwartości, tolerancji i miłości kryje się otwartość, tolerancja i miłość? Innymi słowy: co kryje się pod symbolem tęczowej flagi?

Najprościej mówiąc, jest to postulat uznania zachowań homoseksualnych jako normy. Oczywiste jest, że homoseksualny akt płciowy normą nie jest, ale w przekonaniu pewnych osób powinien być on za taki uznany. Co z tego, że wtedy pojęcie normy traci zupełnie znaczenie, rozmywa się? Rozróżnienie na sprawy ogólne i te wymagające szczególnego traktowania traci sens. A utrata pojęcia normy po prostu niweluje system odniesienia dla naszego myślenia. Co więcej, każdy system etyczny, który ustanawia takie normy i wartościuje, a wartościuje nie ludzi przecież, lecz ich czyny i działania, jest skazany na zaniknięcie. Takie są oczywiste konsekwencje uznania postulatu skrywanego pod tęczowej banderą.

Dotyczy to przede wszystkim chrześcijan, a w konsekwencji całej cywilizacji opartej na wywodzącym się z judaizmu chrześcijaństwie. Nie trzeba być teologiem, by wiedzieć, że relacje seksualne są ewangelicznie różnie wartościowane. Etyczną normą są relacje sakramentalnego małżeństwa. Odejście od etycznej normy to nie tylko akty homoseksualne, ale także cudzołóstwo. Chrystus wielokrotnie mówi o potrzebie czystości i krytykuje nierząd. Te myśli powtarza i doprecyzowuje św. Paweł. Albo człowiek duchowy zapanuje nad człowiekiem cielesnym, albo razem zginą. Uwolnienie seksualności, zdjęcie z niej okowów norm i zasad, wiedzie człowieka do zguby. To jest prawda głoszona przez chrześcijan. Jednak Chrystus nie skupia się na wskazaniu prawdy, ale też mówi, jak z tą prawdą mamy żyć i jak do niej dochodzić. Przede wszystkim unikać potępiania tych, którzy prawdy nie odkryli lub zmagają się z jej przyjęciem. Wykazywać się cierpliwością. Z drugiej jednak strony, do gorszycieli Chrystus kierował ostre słowa. Mówił, że lepiej byłoby, gdyby uwiesili sobie kamień młyński u szyi i rzucili się w morze. Nigdy jednak żadnego kamienia na ich szyję nie wieszał, ani nawet sam kamienia nie podnosił. Wskazywał, mówił, sprzeciwiał się kłamstwu.

W świetle Jego nauki i prawdy, którą głosił, postulaty współczesnych środowisk są po prostu kłamstwem. A nawet głoszeniem zgorszenia. Mówienie, że akt homoseksualny, ale też tzw. wolna miłość, czyli zupełna dowolność relacji seksualnych, jest czymś etycznie obojętnym, a wręcz pozytywnym – jest w świetle nauki Chrystusa kłamstwem. Głoszenie publiczne – publicznym gorszeniem tych, którzy mogą w to uwierzyć. Chrześcijaństwo nie głosi penalizacji tych czynów, zakłada tolerancję, ale nie głosi też aprobatywnej akceptacji, nie wstrzymuje się też przed sprzeciwem.

Jakie są jednak dla chrześcijan konsekwencje zgody na publiczne przeczenie tej prawdzie i publiczne głoszenie zgorszenia, bo to właśnie kryje się pod tęczowymi flagami? Otóż konsekwencje społeczne są bardzo poważne. Nie mogą istnieć bowiem równolegle w przestrzeni publicznej na dłuższą metę chrześcijańska prawda i jej zaprzeczenie. I wcale nie dlatego, że chrześcijanie są tak krwiożerczy, że tego nie zniosą i zareagują przemocą. Owszem, wielokrotnie w dziejach Europy chrześcijanie reagowali przemocą. Można to tłumaczyć gorliwością obrony wiary, ostatecznie stało to jednak w konflikcie z Ewangelią. Nie mogą te światopoglądy wspólnie istnieć dlatego, że to współistnienie przekreśla sama istota kłamstwa, które się Ewangelii sprzeciwia. Jeśli usunie się z cywilizacji europejskiej fundament ewangeliczny, pozostaje tylko fundament prawny, oparty na represji. Jednym z jego instrumentów jest pojęcie tzw. mowy nienawiści, czyli twór prawny, który zawiesza prawo wolności wypowiedzi i poglądów wobec tych, określanych jako siejące nienawiść. Jeśli zgodzimy się, że mową nienawiści jest to, co może potencjalnie obrażać innych, to określenie aktu homoseksualnego jako odbiegającego od normy będzie trzeba konsekwentnie uznać za obraźliwie dla osób homoseksualnych. Bez względu na to, czy idzie z tym w parze przemoc, czy nie. Czy jest to wypowiedziane wobec konkretniej osoby, czy wobec czynów. A to znaczy, że nauka chrześcijańska będzie musiała wcześniej czy później zostać poddana korekcie. Po prostu Nowy Testament i nauczanie Kościoła będą musiały zostać ocenzurowane. Tęczowy sztandar na ulicach miasta oznacza pierwsze pęknięcie na murach kościołów w tych miastach.

Jeśli teraz zgadzamy się na obecność tęczowych flag – mówię to do osób, dla których fundament ewangeliczny jest fundamentem prawdy – to zgadzamy się na kłamstwo w przestrzeni publicznej. W jaki sposób będziemy mogli bronić w przyszłości prawdy, jeśli dopuściliśmy i uznaliśmy obecność kłamstwa? Jego zwolennicy powiedzą nam: skoro zgadzacie się z nami, to dlaczego w zaciszu swoich kościołów głosicie coś przeciwnego? Jesteście hipokrytami! I będą mieli rację. Kiedy powstanie prawo uznające jako normę (etyczną) to, co jest dla nas poza tą normą, będziemy mieli tylko dwie drogi. Albo poddać się represjom i je cierpliwie znosić, albo dobrowolnie zmienić nauczanie Chrystusa, co właściwie oznacza, że całe Jego nauczanie ostatecznie złoży się dla nas jak domek z kart. Weźmy pod uwagę to, że ten domek Kościoła nie jest tylko dla nas! To nasze zadanie, by innych zachęcić do przyjścia – przyzwolenie na zniszczenie tego domu nie jest dobrą metodą. Chrystus i tak przyjdzie powtórnie, ale co tutaj zastanie?

Jest jeszcze inna opcja – że pozwolimy na to, żeby ci, którzy stanowczo protestują dzisiaj, wyczuwając przemoc prawną skrytą za kolorowym parawanem tęczowej flagi, zmierzali w swojej desperacji ku przemocy. I może nawet za nas wygrają tę bitwę, ale za nieewangeliczną przemoc i zło, jakie się wtedy ujawnią, będą odpowiedzialni także dzisiaj bierni chrześcijanie, którzy w imię źle rozumianej tolerancji, może strachu, odkładają pokojowe narzędzia wynikające z ich obywatelskich uprawnień. Aprobują fakt, że kłamliwy sztandar – dla niepoznaki w tęczowych barwach – zawisł na ulicach naszych miast.

[1]Artykuł ten powstał w 2018 r. dla pisma „Przewodnik Katolicki”. Nie został przyjęty do druku. Groteskowość tej sytuacji i profetyczna wartość tekstu skłoniły mnie do jego opublikowania (przyp. autora).