PB – Jak powstał cykl „Raport smoleński”?

MK – Materiały, przemyślenia pojawiały się przez parę lat. Sam moment rozpoczęcia
malowania cyklu to jest zeszły rok. Interesowałem się tym tematem, przekazem w mediach,
a także badaniami na ten temat jako zwykły obserwator. I starałem się w moim malarstwie zachować reżim prawdopodobieństwa, bo choć te rzeczy nadal nie są wyjaśnione,
niektóre dowody są nadal w Moskwie, to jednak pewne badania były prowadzone i korzystając z własnych możliwości starałem się to zobrazować. Ten cykl zawiera pięć obrazów.

PB – Jaki cel przyświecał Twojej pracy?

MK – Cel jest taki, że ponieważ było to duże wydarzenie, życiowe – ja nie traktuję tego w kategoriach polityki, ale ważnego wydarzenia nie tylko w życiu kraju, ale także osobistym – że podszedłem do tego na zasadzie potrzeby katharsis. Oczyszczenia, czy przekroczenia. Chciałem zamknąć swoje przypuszczenia, wyobrażenia. Wychodząc od dokumentu starałem się dojść do duszy. Malarz nie ma dokumentować naukowo, ale przybliżyć dane wydarzenie sobie i osobom, które mu zaufają. Oswoić to wydarzenie.

PB – Jest to rodzaj artystycznego dokumentu? Z jakich źródeł korzystałeś?

MK – Moim medium podstawowym jest malarstwo olejne na płótnie. Korzystam też z aparatu, z fotografii jako pierwszego źródła. Pracuję też w technice gwaszu na papierze. Tak wyszkoliłem, wyrobiłem ten proces od oka do ręki, że czasami wolę coś pokazać tylko kilkoma plamami. Jeśli chodzi o źródła, bazą dla mnie były ogólnodostępne materiały o tragedii. Przeglądałem je przez parę lat w miarę ich ujawniania. Starałem się ten cały materiał konfrontować z opiniami specjalistów, pytać, czy to może mieć związek z rzeczywistością czy nie. Źródłem były też dla mnie badania naukowców, zespołu parlamentarnego, który prowadził badania od pewnego czasu, także tzw. konferencje smoleńskie. Ja śledziłem to ze swojego punktu widzenia, zwykłego obywatela. Jasne jest dla mnie, że te pierwsze ustalenia komisji Millera są związane z wersją rosyjską i okazały się z czasem łatwe do podważenia. Późniejsze badania przynosiły nowe obserwacje, nowe odkrycia. Dołączyło się też wielu badaczy zagranicznych. Co ja mogłem zrobić jako malarz? Mogłem budować na podstawie tych źródeł swoją wizję, chociaż oczywista rzecz, że jest ona subiektywna. Może się to wydać naiwne, ale kierowałem się też własną intuicją.

PB – Zacznijmy od obrazu „Naprowadzanie”. To pierwszy obraz rozpoczynający cykl.

MK – Obraz przedstawia lotnisko na podstawie zdjęcia dokumentalnego z tego okresu. Tak mniej więcej to wyglądało, taka buda na tym polu — to jest ta wieża kontrolna — i las w tle. To nie był najwyższy standard. W sumie jest to najzwyczajniejszy barak. Całość przypomina jakiś obraz peryferiów postkomunistycznych, który zobaczyć można w reportażach z dawnych terenów ZSRS, z Ukrainy gdzie są takie opuszczone, zaniedbane miasta. To jest taki klimat. Architektura z lat 70. niby wygląda na współczesną ale jest to zapadająca się ruina. Prowizorka, do której oni są przyzwyczajeni. Zachował się też zapis tego naprowadzania i ten zapis świadczy o tym, że tam był straszny bałagan. Nawet na poziomie języka. Przypominało to jakieś fragmenty filmów o drugiej wojnie światowej, z filmu „Czterej pancerni i pies”, jak oni w czołgu nasłuchiwali jakiś krzyków, hałasów, szczekania psa. Chociaż tam pies nie szczekał. Porażające są też informacje, które później się ukazały, że zarządzał tym naprowadzaniem generał z Moskwy, generał Benediktow…

PB – To jego twarz wyłania się znad drzew w lewej części obrazu?

MK – Tak. Zastanawiałem się jak pokazać, że jest obecny w tym naprowadzaniu, ale przecież z oddalenia, z Moskwy. Ostatecznie wylądował mi w chmurach. To jest szef lotnictwa transportowego, szycha z Moskwy, która zawiadywała lądowaniem tego samolotu i samolotu wcześniejszego. Bo ni stąd ni zowąd lądował tam wcześniej transportowy IŁ. Czy to była próba generalna? Nie wiem. Ale ja nie jestem dziennikarzem śledczym, także nie mam do tego narzędzi, żeby określić jego rolę.

PB – Jednak to umieszczenie przeskalowanej głowy tego generała ponad lasem, co przeczy realizmowi Twojego obrazu, sugeruje, że mamy tu do czynienia z kimś, kto zawiaduje całym wydarzeniem. Że on za tym stoi.

MK – Tak. To jest takie miejsce przeznaczone w malarstwie dla postaci ważnych, może nie dla Boga, ale rzeczywiście dla kogoś to panuje nad wszystkim. Podkreśla to kolor: błękit symbol duchowości i pozycja na samej górze. Tak, on jest tym zarządzającym lądowaniem.

PB – Przejdźmy zatem do „Lądowania”, to drugi obraz z serii. Chociaż trudno to nazwać lądowaniem, bo widzimy samolot jeszcze w locie, który jest rozsadzany od środka przez wybuch. Widać też fragment lewego skrzydła, którego koniec jest urwany. To odniesienie do tezy o brzozie, która miała być przyczyną katastrofy?

MK – Ten obraz oparty jest na źródle, konstrukcja tej sceny jest wywiedziona z wizualizacji sekwencji zdarzeń opracowanych przez naukowców. Mówią oni, że najprawdopodobniej eksplozja nastąpiła w środku. Na to wskazują szczątki, które były badane. A raczej zdjęcia tych szczątków. To skrzydło według badaczy zostało zniszczone w pierwszym wybuchu. Miały być łącznie dwie, albo trzy eksplozje. Eksplozja w skrzydle miała doprowadzić do tego, że samolot utracił stabilność. Dopiero później nastąpiły dwie kolejne, zasadnicze eksplozje.

PB – Wybrałeś zatem moment tej zasadniczej, drugiej eksplozji?

MK – Tak. Zostało ustalone, że centrum tego wybuchu było w okolicach salonki prezydenckiej. Szczątki wskazywały na to, że kadłub był odkształcony od środka, a nie spłaszczony jak powinien być przy upadku samolotu na plecy, rzekomo odwróconego po słynnej beczce.

PB – Widać też wyraźnie drzwi odrzucane siłą eksplozji od kadłuba…

MK – Zgadza się. One były wbite w ziemię do głębokości około metra. Do połowy byłe wbite w grunt. Tak jakby były pociskami wystrzelonymi z karabinu. Starałem się wyobrazić tę scenę malarsko. Jest tu kontrast energii dobywającej się z środka, która rozjaśnia ten krajobraz szarego, ciemnego poranka. To było wcześnie rano, może ci ludzie spali. Tak się domyślam. Możemy sobie to tylko wyobrazić, przecież nikt nie przeżył. Zastanawiające jest to, że wszyscy zginęli choć mieli różne obrażenia. Nawet jedna osoba nie przeżyła.

PB – Tytuł „Lądowanie” brzmi jak gorzka ironia…

MK – Tak. Eksplozja miała miejsce 30 metrów nad ziemią. To jest ważne. Czarne skrzynki zostały zarekwirowane, potem zapis był udostępniany, ale okazał się niespójny. Oryginalnych zapisów z czarnych skrzynek nie dostaliśmy nigdy. Natomiast w samolocie był komputer pokładowy, który analizował parametry i ten moment kiedy większość urządzeń zanotowało awarię i przestało działać miał miejsce ok. 30 metrów nad ziemią. Więc to też jest jakiś znak. Było bardzo blisko tego lądowania, a jednak samolot nie wylądował.

PB – Kolejny obraz „Pobojowisko”.

 MK – Od razu się przyznam, że to jest bardzo trudny temat. Ja spróbowałem. Ale to tylko jest próba.

PB – To co widzimy to jest fragment pejzażu w tle…

MK – To jest to, co zawsze pokazywano — jakiś półleśny teren. Z błotem, drzewa bezlistne, jakieś chaszcze. Konstrukcja obrazu jest prosta. Posiłkowałem się badaniami archeologów, którzy zaraz po katastrofie pojawili się pod Smoleńskiem. Profesor Archeologii z UKSW w Warszawie Marek Dulinicz zebrał grupę archeologów, którzy pojechali i zaczęli badać ten teren. Metr po metrze. Sam Profesor nie zdążył pojechać na miejsce badań, zginął w wypadku samochodowym zaraz przed. Wszystko notowali i zaznaczali na planie. I ja ten właśnie plan wykorzystałem — pokazujący rozmieszczenie szczątków samolotu. Biała sylwetka samolotu w prawym rogu jest dla porównania. Gdyby te wszystkie białe szczątki, te białe plamy połączyć, to powstałby taki obraz samolotu. To jest próba uchwycenia tego, co tam się wydarzyło. Te sześćdziesiąt tysięcy elementów tego samolotu, małych, większych to symbol, znak rozpadu.

PB – W dolny lewy rogu jest obrazek z wizerunkiem Chrystusa Miłosiernego…

MK – Tak. Powyżej jest też mundur, dowód osobisty. Trafiłem na stronę internetową, gdzie były zdjęcia wszystkich pozostałości zbieranych przez ludzi. Był tam też ten Chrystus, taki typowy obrazek. Był dowód osobisty. Były jakieś kosmetyki. Jakieś umundurowanie. Ja to wszystko w tę glebę powrzucałem symbolicznie. Jakby w tę ziemi po raz kolejny polskie rzeczy zostały wrzucone. To jest właściwie pobojowisko, chociaż to nie była walka. Tylko piloci właściwie walczyli, cztery osoby, a reszta mogła tylko czekać, czy im się uda czy nie. A z kim oni walczyli, to do końca jeszcze nie wiadome.

PB – Obrazek Chrystusa Miłosiernego, który umieściłeś, a który jak mówisz też tam na miejscu odnaleziono, jest jakby kluczem do zrozumienia tej sceny. Wychodzisz od dokumentu, ale zmierzasz do ducha, jak mówiłeś. To symbol nadziei, choć sytuacja zdaje się beznadziejna.

MK – Rozmawiamy w okresie przedświątecznym, zbliża się Wielkanoc, ten moment w którym — jak wierzą chrześcijanie — Chrystus zmartwychwstał. I te dziewięćdziesiąt sześć osób, które zginęło…

PB – Myślę też o tym, że tamten dzień to była sobota przed świętem Miłosierdzia Bożego, więc ten obraz jest szczególnie znaczący, wskazuje na symboliczny czas, w którym to się zdarzyło.

MK – Z naszej ludzkiej perspektywy patrząc możemy korzystać z naukowych ekspertyz, a takie znaki w które ja wierzę, to to, że Pan Bóg może pewne wydarzenia potwierdzić datą. Może to wydarzenie w tym okresie świątecznym miało wpłynąć na Polaków, żeby zastanowili się co się dzieje. Przecież to był straszny okres kłótni, rozłamu.

PB – Przejdźmy zatem do następnego, bo on się łączy z tym, o czym teraz mówimy. To „Żałoba”.

MK – On jest chyba najbardziej dokumentalny. Korzystałem ze zdjęcia, choć nie jestem jego autorem. Zależało mi na motywie zniczy, które wtedy w Warszawie pojawiały się w różnych miejscach, wyglądało to na trawnik ze świateł.

PB – Tu jest to miejsce najważniejsze, przed Pałacem Prezydenckim.

MK – Ludzie nie tylko z Warszawy ale i z całej Polski przyjeżdżali i ustawiali te znicze. Ta żałoba trwała tydzień, może dwa. Ja byłem tam wtedy, rozmawiałem z tymi ludźmi i wszyscy byli w tej żałobie pogrążeni. Zanim media zaczęły interpretować sytuację, pamiętam, że w pierwszych tygodniach żałoba była dla wszystkich podobna.

PB – Może to jest taki polski fenomen, że żałoba jednoczy? Tak było w 2005 roku, po śmierci Papieża. Zresztą to też była sobota przed Świętem Miłosierdzia Bożego. To był taki moment z jednej strony smutny, przygnębiający. A z drugiej podniosły. Nastąpiło wyciszenie. Napięcia, spory zeszły gdzieś na dalszy plan. I, tak odczytuję Twój obraz, w tych pierwszych dniach, godzinach też taki szok, niedowierzanie, ale też taka energia wspólna, poczucie jedności w obliczu tej tragedii. W prawym górny rogu obrazu jest zdjęcie pary prezydenckiej. Nagle się okazało, że są zdjęcia Prezydenta i jego żony pokazujące ich jako miłych ludzi, bez zniekształcania, szukania złych ujęć.

MK – Tak, bo polityka w Polsce i na świecie operuje innego rodzaju fotografią, albo nacechowaną bardzo pozytywnie, albo bardzo negatywnie, ale nigdy prawdziwą. Do dzisiaj przecież wiele osób, politycznych przeciwników Lecha Kaczyńskiego mówi, że go lubili. Co wówczas było zaskakujące.

PB – Ten pozytywny nastrój, moim zdaniem, bije z całego Twojego obrazu, choć temat jest mało pozytywny. Może to kwestia ciepłych barw, które go wypełniają.

MK – Może tak jest, bo skojarzenia, które rozgrywają się na linii duszy i intelektu są dla nas niedostępne. Dywan z tych lampek i ta atmosfera takiej pokory, ciszy, szacunku, kojarzy się od razu z atmosferą dnia Wszystkich Świętych. Te jasne światła to symbol nadziei, że śmierć nie jest końcem. Że nie czeka nas tylko ciemna przepaść.

PB – Chciałbym zwrócić uwagę jeszcze na dwie rzeczy. Pierwsza to punkt widzenia, który wybrałeś. Umieściłeś widza w miejscu nagrobka, przy którym ustawia się znicze, czyli w tym przypadku symbolicznego nagrobka – krzyża ustawionego na Krakowskim Przedmieściu. A druga rzecz, to postaci widoczne w górnej części obrazu zapalające te znicze. Wybija się wśród nich dziecko stojące obok ojca, który zapala znicz. Dziecko też jest symbolem, w obrazach często odnosi do przyszłości.

MK – Tak, ono otwiera tu nową epokę. Co się będzie działo za jakieś czterdzieści lat, tego my nie wiemy i pewnie się nie dowiemy. Natomiast dla tego dziecka jest to początek drogi. Jest to jego pierwszy kod. Być może ono to najmocniej zapamięta. To jest jak ziarno zasadzone w tym błocie, które wzrośnie. To jest też nadzieja. Historia Polski wskazuje na to, że Polacy potrafili się podnieść z tych sytuacji trudnych, nawet z tych wyśmiewanych klęsk. I szło to do przodu.

PB – Ostatni obraz „Wniebowzięci”. To jest, jak rozumiem, podsumowanie, bo odbiega on od pozostałych obrazów. To są po prostu zebrane portrety wszystkich osób, które zginęły, szkicowo przedstawione, ale zachowujące podobieństwo.

MK – Chciałem oddać hołd tym wszystkim dziewięćdziesięciu sześciu osobom, które przecież nie reprezentowały jednej opcji politycznej. To jest taki przekrój społeczeństwa. Od osób, które były tam służbowo: piloci, stewardesy do pary prezydenckiej, ale był też znany aktor, wiele osób młodych, ludzie starsi, weterani, politycy z wszystkich opcji, wojskowi, księża… Chodzi o to, że cała ta grupa, która uczestniczyła w tym wydarzeniu, ktoś by powiedział, na zasadzie przypadku, a ktoś inny — że symbolicznie, ofiarowała swoje życie w tym dniu, w tym momencie. Chcąc oddać im hołd zacząłem szukać ich zdjęć, czytałem kim oni byli. Zbierałem ten materiał. Zrezygnowałem z koloru, bo chciałem pokazać to bardzo dokumentalnie. Pierwszym etapem były rysunki i w oparciu o nie wykonałem plakat z przedstawieniami tych dziewięćdziesięciu sześciu osób. Co ciekawe, pod koniec tej pracy zwróciłem uwagę na to, że wszystkie te twarze są uśmiechnięte. One, paradoksalnie, przedstawiają osoby zadowolone. Oczywiście to wynika z tych zdjęć, które znalazłem, a które przedstawiały szczęśliwe momenty ich życia. Ale jak zebrałem te wszystkie twarze, to uświadomiłem sobie, że robi się atmosfera radosna. Że to nie jest nic takiego ponurego. I tym tropem doszedłem do myśli, oczywiście to jest moje wyobrażenie, że ci ludzie nie są teraz nieszczęśliwi. Że oni uzyskali radość.

PB – Ostatnia scena w filmie „Smoleńsk” jest chyba pokrewna temu o czym mówisz, kiedy ta cała grupa osób z prezydentem Kaczyńskim na czele, już po katastrofie, idzie przez ten smoleński „las, nie las” i wita się radośnie z polskimi oficerami zamordowanymi w Katyniu, którzy na nich czekają. Też w takiej radosnej atmosferze. Scena symboliczna.

MK – Tak. Tragedia już była. Problemy zostały na ziemi, ale oni są już poza tymi problemami.

PB – Na koniec już chciałbym Cię jeszcze zapytać o jedną rzecz. Mamy teraz dziesiątą rocznicę tragedii, ale mam wrażenie, że mówi się o niej coraz mniej. Komisja sejmowa, która miała nas doprowadzić do prawdy zawiodła oczekiwania. Stanął pomnik, ale żywa pamięć jakby wygasła. Powstał film „Smoleńsk” przez wielu mocno krytykowany, ale nie powstało żadne bardziej wybitne dzieło. Nikt się tym tematem już nie zainteresował. Także w kulturze, sztuce zdaje się niewiele osób to interesować. A Ty się jednak tym tematem zająłeś. Dlaczego?

MK – Są dwa punkty widzenia. Przede wszystkim podjąłem go sam dla siebie, żeby też wszystkie przemyślenia, przeżycia z wielu lat podsumować. Chciałem ten etap zamknąć w swoim życiu artystycznym. Zostawić próbę opisania rzeczywistości. A druga kwestia – to że nasze pokolenie tak to potraktowało, to jest świadectwo naszego pokolenia. A co będzie dalej, tego nie wiemy. Przecież czas Powstania Warszawskiego, renesans Żołnierzy Wyklętych, też trzeba było czekać kilka dekad, zanim te tematy wróciły.

PB – Jednak wtedy był totalitaryzm, mówienie o Żołnierzach Wyklętych spotykało się z represjami. Dziś tak nie jest.

MK – Nie chcę wchodzić w politykę, ale jednak nie jest tak, że można o tym swobodnie mówić. Myśląc o tragedii smoleńskiej nie patrzę na to w kategoriach politycznych, jest to ważne po prostu dla mnie osobiście. I jestem przekonany, że te rzeczy będą pokazywane, z czasem. Może to pokolenie musi wymrzeć, żeby następne pokolenie sobie wprost powiedziało, jak to było. Nie jest tak, że ktoś stoi nad nami z karabinami, ale jest ostry reżim wewnętrzny, psychiczny związany z polityką, która weszła we wszystko, edukację, kulturę etc. Pistolet nie musi na biurku leżeć, ale każdy wie, że jak zrobi coś nie tak, wylatuje na kopach. Nadal tak jest.

Marcin Kędzierski

malarz

studiował na Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie, na Wydziale Grafiki. Dyplom uzyskał w Pracowni Plakatu profesora Mieczysława Wasilewskiego. W latach 1997-1998 tworzył gościnnie na Wydziale Malarstwa, w pracowni prof. Leona Tarasewicza. W roku 2004 założył Grupę Miejską zajmującą się artystycznym komentowaniem życia w mieście oraz działaniem w przestrzeni publicznej.