Jazda pod prąd, czyli Arcybiskup cytuje Wildsteina

O książce Bronisława Wildsteina O kulturze i rewolucji (PIW, Warszawa 2018)

W jednym z dowcipów z popularnego niegdyś cyklu o wariatach (swoją drogą zastanawiające jest, że w dobie poprawności politycznej można używać słowa „wariat”) kierowca jadący autostradą słyszy w radio komunikat: „na autostradzie jakiś wariat jedzie pod prąd”. Rozgląda się i mówi do siebie: „Jeden? Tu są ich setki!”.

Ten dowcip przyszedł mi na myśl podczas lektury książki Bronisława Wildsteina O kulturze i rewolucji. Trzeba jednak poddać dowcip korekcie, po której przestaje być śmieszny, a staje się przerażający. Co zrobić, jeśli ów kierowca jedzie dobrą, prawą stroną kontynentalnej autostrady, a z naprzeciwka jadą kierowcy na obu jej pasmach? Na poboczu stoją na światłach awaryjnych samochody tych, którzy nie zorientowali się w porę, że kierunek jazdy się zmienił, że wszyscy jadą już stroną lewą.  Autor zatem też jedzie pod prąd na przeciw setkom „wariatów”. Jednak nie jest naiwny. „Jeden? Są ich tysiące!” – mówi do siebie, zdawszy sobie sprawę, że aby dojechać do celu, musi wykazać się niezwykła zręcznością, hartem ducha, odrzucaniem stałej pokusy (by zmienić cel i kierunek jazdy i ruszyć ze wszystkimi, w jednym słusznym kierunku).

Kierowcy jadący z naprzeciwka reagują różnie – jedni pukają się w czoło, śmieją się. Innym twarz wykrzywia gniew. Jak w słynnym obrazie Hieronima Boscha Chrystus dźwigający krzyż, tak tutaj mamy cały przegląd reakcji na kogoś, kto jest inny, kto zagraża jedynie słusznej drodze, szerokiej drodze wiodącej tam, gdzie zazwyczaj wiodą szerokie drogi.

Wildstein wybiera drogę wąską i krętą pomiędzy jadącymi z naprzeciwka samochodami większymi i mniejszymi. Jego książka to przewodnik po tej drodze, identyfikujący zagrożenia i problemy, które napotykamy w próbującym nas porwać i „nawrócić” nurcie kontrkultury. Sytuacja jest dynamiczna, więc trzeba działać szybko. Definiować bez intelektualnej rozwlekłości, starać się znajdować od razu trafne pojęcia, bez owych „jakby”, którymi najeżone są teksty rozmaitej maści uniwersyteckich ekspertów. Forma felietonowa zdaje się tutaj być najlepsza i taka przeważa w książce, która jest zbiorem tekstów publikowanych przez Wildsteina w różnych magazynach w ostatnich latach.

Są jednak problemy większego kalibru – całe konwoje pojazdów, których nie można tak łatwo wyminąć jednym tekstem, trzeba zastosować bardziej skomplikowaną technikę jazdy. Taką kwestią jest ocena dziedzictwa Karola Marksa, któremu Wildstein poświęca bodaj najdłuższy tekst w całym tomie. Wildstein docenia rangę przeciwnika, nie stara się go lekceważyć ani bagatelizować –  taka postawa prowadzi wprost na pobocze ku rozbitej masce. Wildstein pracowicie podważa miazmaty twórcy Kapitału jeden po drugim, nie zważając na to, że literatura czerpiąca z zatrutego źródła marksizmu narasta w postępie geometrycznym.

Zacznijmy jednak od sprawy zasadniczej. Co takiego stało się, że nagle znaleźliśmy w sytuacji osoby jadącej pod prąd, chociaż rozpoczęliśmy naszą podróż prawidłowo?

Tego dotyczy pierwsza cześć książki pt. Zmierzch Europy, w której Wildstein wskazuje na skutki procesu rewolucji kulturowej, który dokonał się w ciągu ostatnich dekad w świecie zachodnim. Doprowadził on do zmiany instytucji liberalnej demokracji. Choć istnieją te same instytucje, to jednak ich znaczenie i rola jest zupełnie inna. Można powiedzieć, że to samo dokonało się w języku – doszło do radykalnego odwrócenia znaczenia pojęć, którymi się posługujemy. Po roku 1989 i okresie transformacji dołączyliśmy do kręgu demokracji zachodnich, chociaż nasze pojęcie i rozumienie demokracji było już nieadekwatne wobec zmiany, która dokonała się na Zachodzie właśnie na skutek rewolucji kulturowej. Sprawa jest jednak głębsza – Wildstein stawia pytanie, czy sama demokracja liberalna nie jest projektem, który zmierza do totalitaryzmu, chociaż innego rodzaju niż ten, z którym mieliśmy do czynienia przed rokiem 1989 w Polsce. To totalitaryzm nie spod znaku Orwella i jego roku 1984, ale raczej Huxleya i jego Nowego wspaniałego świata. Trochę upłynęło czasu, zanim połapaliśmy się w tej sytuacji. Wielu świadomie lub nie, wpasowało się w nią. Nasze inteligenckie elity, elity kulturalne, będące w dużym stopniu ukształtowane, a raczej zdeformowane w peerelu, ufnie weszły w proponowany przez kulturową rewolucję porządek.

Im też poświęca Wildstein sporo uwagi w krótkich tekstach portretując konkretne osoby lub ich typy w części II pt. Arystokraci, populiści i artyści oraz  w VI pt. Uczniowie czarnoksiężnika. W końcu warto wiedzieć, kto kieruje samochodami pędzącymi naprzeciw nas. I co ma w głowie.

Ukazany w książce Wildsteina problem polega na tym, że sprawa nie tylko dotyczy nas, przeciwnie jest to problem właściwie globalny, a przynajmniej dotyczący zachodniej cywilizacji. Co więcej, przykłady płynące z Zachodu są dla nas jak wiadomości z przyszłości. Oczywiście jeśli będziemy podążać tą samą drogą, co nie jest przesądzone. Warto przejąć się np. wieściami płynącymi z Kalifornii, gdzie odnajdujemy w nowym, wspaniałym świecie echo metod znanych nam z nieodległej przeszłości. Stary totalitaryzm spotyka się z nowym. Okazuje się, że kwalifikowanie osób o innych poglądach mianem wariatów właśnie staje się powszechną praktyką w korporacyjnej rzeczywistości. Wildstein przywołuje przypadek pracownika firmy Google, Jamesa Damore’a,  który nie wiedzieć czemu nie chciał podążać za poprawną-politycznie jednomyślnością, choć przecież swoje poglądy kulturalnie wyrażał, a nie obrażał (Niepoprawny autyzm). Został u niego zdiagnozowany autyzm, a następnie zwolniono go z firmy. Wiadomo, w firmie nie może pracować człowiek autystyczny. Aż dziw bierze, że są to konsekwencje tego samego kulturowego kierunku, który wydał na świata film Rain Man. Natomiast przerażać może, że takie chore standardy rządzą firmą, która stanowi globalną ramę przepływu informacji. Czy zasady tej politycznej poprawności mają wpływ na selekcję informacji, które otrzymujemy podczas korzystajania z Google?

Kilka jest takich punktów w książce, które przejmują grozą, chociaż z pozoru śmieszą. Niepokojący jest portret relacji łączących ludzi kultury z najwyższej półki, którzy kreują i obalają autorytety społeczne, zasiadając  jednocześnie w gremiach jurorów ważnych nagród. W rzeczywistości –  jak ukazuje autor –  są to ludzie wewnętrznie rozbici, kompletnie zagubieni emocjonalnie i moralnie, dla których wewnętrzną instancją sumienia stał się imperatyw własnej emocjonalnego lub cielesnego błogostanu (Feministyczny, chociaż bardzo mieszczański dramat w trzech aktach z przypisem). Na zewnątrz zaś istnieje coraz bardziej restrykcyjny porządek prawny, który zabezpiecza źródła błogostanu i penalizuje tych, którzy wskazują na istotniejsze dla człowieczego bytu sprawy.

Ślepi przewodnicy. Stara sprawa. Starsza niż wspaniałe malowidło Petera Bruegla.

Są wśród tych ślepców – jak na obrazie flamandzkiego mistrza,  tacy, którzy już upadli, są też tacy, którzy trzymają się na pozór prosto, mają się świetnie, honorowani nagrodami grają rolę autorytetów świata kultury. Przykładem takiej postawy jest dla Wildsteina postać Andrzeja Stasiuka, którego bajdurzenia autor obnaża kilkoma trafnymi zdaniami (Goły Stasiuk, czyli arystokracja). Podobnie jak malarz z Brukseli kreśli twarze owych starotestamentowych przewodników w taki sposób, że nikt nie będzie chciał za nimi podążać, tak Wildstein obnaża pokłady prymitywnego chamstwa i pychy przebijającej z wypowiedzi pisarza. Pycha kroczy przed upadkiem, wiadomo.

Ci, którzy pamiętają obraz Bruegla, wiedzą, że w kluczowym miejscu jego kompozycji, w punkcie rozpoczęcia upadku, znajduje się budynek kościoła, wyznaczający jakby symboliczną linię oparcia. Za nią nic już nie chroni przed kontaktem z ziemią. Tak też kluczowa część książki Wildsteina poświęcona jest porzuceniu religii (Rewolucja i religia).  Fakt, że religia, a przede wszystkim Kościół katolicki, jest najpoważniejszą „zawadą” w procesie budowy nowego, wspaniałego świata, musi być oczywisty dla kogoś, kto zachowując podstawy przyzwoitości, śledzi nieprzyzwoite ataki na tę instytucję. Osobom, które usunęłyby cudzysłów ze słowa „zawada” polecić można tekst, w którym Wildstein śledzi ewolucję myśli Leszka Kołakowskiego, której jednym z ostatnich akcentów jest przywołanie słów Pascala: „ludzka kondycja ze wszystkimi jej smutkami i złem, ale też całą swą świetnością i wielkością, pozostaje niezrozumiała i pozbawiona sensu, jeśli nie oglądać jej w świetle historii świętej: stworzenia, grzechu, odkupienia”.  Tekst Wildsteina pochodzi z roku 2009, czyli został napisany przed publikacją w 2014 roku eseju Leszka Kołakowskiego Jezus ośmieszony (odnalezionego i poddanego redakcji już po śmierci autora).

Niewątpliwie na styku rewolucji i religii zbiegają się drogi obrońców kultury i Kościoła.
Polski Kościół zdaje się nie do końca rozumieć wagę tego zagadnienia i opuszcza pole kultury. Tym ważniejszy jest gest, jaki uczynił podczas homilii w uroczystość narodzenia św. Jana Chrzciciela w poznańskiej Katedrze z okazji jubileuszu 1050-lecia erygowania poznańskiego biskupstwa abp Stanisław Gądecki. Arcypasterz cytował obszerne fragmenty nowej książki Wildsteina. To ważne, że Przewodniczący Episkopatu Polski zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji. W jego homilii opór współczesnym zagrożeniom kulturowym jawi jako kluczowe zadanie stojące przed katolikami. Podobnie jak 1050 lat temu chrystianizacja była kluczowym zadaniem elit skupionych wokół Mieszka, tak  dziś lud, który został opuszczony przez swoje elity, musi się upomnieć o kulturowe dziedzictwo.

Ostatnia część książki nosi tytuł Polskie plemię. Autor bierze w niej w obronę patriotyzm, pojęcie skreślone z rewolucyjnego słownika i wskazuje twórców kultury traktujących sprawy ojczyzny na poważnie. Jest tu jednak, moim zdaniem, pewien zgrzyt – nie bardzo rozumiem, dlaczego autor posługuje się pojęciem „plemię”, które jest często używane by zminimalizować wagę narodowej wspólnoty. Po prostu polski naród. Jednak to brzmi dzisiaj jak credo nacjonalizmu, chociaż przecież uznanie wagi narodowej wspólnoty nie jest równoznaczne z byciem nacjonalistą, czego autor dowodzi, odróżniając wyraźnie patriotyzm od nacjonalizmu (Patriotyzm i nacjonalizm). Czyżby autor ulegał temu, czemu tak dzielnie przeciwstawia się w pozostałych fragmentach książki?

Prawda jest taka, że wszyscy ulegamy w mniejszym lub większym stopniu. To nurt kontrkultury wyznacza dzisiaj ramy tego, co nazywamy z rozpędu kulturą. Nie znaczy to, że wszystko co ma dla nas wartość zostało już wyeliminowane. Nie. Ale odbywa się to konsekwentnie – jak w przypadku ataku na Sienkiewicza, o czym pisze w jednym z rozdziałów Wildstein (O Sienkiewiczu). Maszyna poprawności politycznej, będąca narzędziem praktycznego wdrażania rewolucji kulturowej, działa sprawnie i konsekwentnie. Jeśli pojawiają się rebelianci w rodzaju jadącego pod prąd Wildsteina, zaczyna się ich skuteczne marginalizowanie. Wystarczy spojrzeć na przypadek kanadyjskiego psychologa Jordana Petersona, który toczy swój bój na terenie bardziej niebezpiecznym, a naprzeciw niemu nie jadą setki samochodów, ale tysiące lub setki tysięcy. Z takimi przypadkami walczą całe instytucje, dysponujące dużym środkami finansowymi, a przecież, jak mówił Napoleon, by skutecznie prowadzić wojnę potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze, pieniądze. Co robić w tej sytuacji? Odzyskiwać instytucje czy raczej tworzyć nowe? Jak to robić? Oto tematy na kolejną książkę.

Spróbujmy jednak wydobyć przesłanie z książki obecnej. Czy jesteśmy w stanie wygrać wojnę kulturową, zatrzymać permanentną rewolucję, która nas dotyka? Na początku trzeba wiedzieć, jak wygląda prawdziwy ruch na naszych intelektualnych autostradach. Od tego zależy, czy będziemy mogli podjąć trud przedzierania się do celu, czy też szybko i komfortowo będziemy zmierzać donikąd.