Wystawa Mariny Abramović, która od 8 marca 2019 roku trwa w CSW Znaki Czasu w Toruniu wzbudza wiele kontrowersji. Protesty wywołuje rzekomy satanistyczny czy okultystyczny charakter jej działaniach. Piszę „rzekome”, bo uczciwie przyznam się, że analizowałem pod tym kątem twórczość artystki, a niniejszy tekst nie jest recenzją, ale raczej komentarzem dotyczącym jej twórczości. Nie można tego wykluczyć, bowiem wiele elementów kultu szatana czy wszelkiego rodzaju okultyzmu przeniknęło do sztuki współczesnej. Wielu artystów i pisarzy dwóch ostatnich wieków jawnie fascynowało się tymi obszarami, wprowadzając je do swojej sztuki, wielu kolejnych artystów przenosiło je w sposób nieświadomy (chociaż czasem trudno to rozdzielić). Dziś można odnaleźć takie elementy także w pop-kulturze. Napisanie pracy analizującej te wątki w sztuce XX wieku byłoby pewnie bardzo interesujące. Protesty mają o tyle pozytywną funkcję, że uczulają widzów, którzy wybierają się na dzisiejszy wystawę, a nie chcieliby nieświadomie obcować z okultyzmem lub satanizmem, iż mogą być na nie narażeni. Goście mogą zrezygnować albo po prostu podejść krytycznie do prezentowanych treści. Rozumiem, że protest ma mieć charakter pokojowy, modlitewny, więc nie widzę w nim nic oburzającego.

Mam jednak wiele zastrzeżeń do twórczości Abramović. W moim przekonaniu jej działania są fałszywe, puste.

Analizując sztukę performance i w ogóle sztukę współczesną, nieprzydatne stają się tradycyjne kategorie wartościowania dotyczące opanowania warsztatu. Za to przydatne może okazać się kryterium oryginalności. W sztuce ciała, którego składową jest przekraczanie granic ludzkiej odporności, twórczość Abramovi jest w tyle za działaniami artystów takich jak choćby Chris Burden, który w 1971 roku kazał postrzelić się w kalifornijskiej galerii strzelbą kaliber 22. Zastanawiam się, jaką jeszcze granicę można przekroczyć, by jednocześnie uniknąć śmierci artysty? Oczywiście można wyszukiwać nowe sposoby balansowania na granicy poważnego samookaleczenia, ale tutaj dochodzimy już do granicy, gdzie kreatywność zmienia się w perwersję. A to raczej nie jest obszar krytyki sztuki.

Jeśli mówimy o tego rodzaju awangardowej sztuce, która ma łączyć się z życiem, ważne jest kryterium prawdziwości, przez które rozumiem ukazywanie artysty w swej sztuce istotnego problemu, prawdy dotyczącej człowieka lub relacji międzyludzkich. Nie ma to być problem sztuczny, wydumany, ale rzeczywiście ważny, który wpływa na życie ludzkie. Odtąd może stać się ono inne, lepsze. W tym sensie artysta awangardowy przyczynia się do zmiany rzeczywistości.

Mówiąc zmiana rzeczywistości nie myślę jedynie o zmianie porządku prawnego, czyli wprowadzeniu nowych nakazów lub zakazów regulujących życie społeczeństwa. Odnoszę wrażenie, że do takiej zmiany, zmiany prawodawstwa dąży od jakiegoś czasu sztuka współczesna. A jest to działanie ponad głowami jednostek, traktujące ludzi jako tłum, który można odgórnie modelować.

Jeśli mówimy i myślimy o rzeczywistej zmianie, to dotyczyć ona musi zmiany każdego człowieka. I być prowadzona w sposób wolny. Sztuka może działać w różny sposób, nawet czasami radykalny, ale musi respektować wolność człowieka. Nie uwodzić, nie szantażować, ale raczej ukazać nam pewną prawdę o rzeczywistości, której wcześniej nie rozpoznaliśmy. Jednak nasze doświadczenie rzeczywistości prowadzi nas do tego, by tę prawdę przyjąć. Nie ma tutaj miejsca na fałsz, nieuczciwość. Jeśli awangardowy postulat zmiany rzeczywistości obliguje artystę do bycia awangardą tej zmiany, to twórca jest w dużym stopniu gwarantem tej prawdy.

Twórczość Mariny Abramović jest w mojej ocenie sygnałem czegoś dokładnie odwrotnego. Czyli całkowitej niewiarygodności prawd, które jej prace postulują. Weźmy jeden z najsłynniejszych performance Abramović pt. „Art must be beautiful, Artist must be beautiful”. W czasie performance[1]artystka gwałtownymi ruchami czesze i szczotkuje włosy, powtarzając co jakiś czas tytułowe zdanie. Mimo iż szczotkowanie sprawia jej ból, artystka je kontynuuje. Performance ten został odebrany jako przykład feministycznej krytyki dyktatu piękna i urody, jakiemu zgodnie z wymaganiami patriarchalnej kultury podlegają kobiety. Działanie artystki odkrywałoby ukryte cierpienie, na które zgadzają się kobiety, żeby podobać się mężczyznom. Cierpienie, które jest czymś negatywnym. A jeśli negatywnym, to należy go unikać. W innym przypadku byłby to masochizm. Zastanawiam się jednak, jakie wnioski wyciąga sama artystka ze swojego performance? Bo jeśli nie wyciąga żadnych, to znaczy, że jej działanie jest pustym, nieznaczącym gestem.

Marina Abramović jest bardzo ładną kobietą, może nawet piękną. To widać na tym performance. Jednak zastanawiające jest, że mimo upływu czasu artystka zachowuje bardzo dużo ze swej urody, młodości. Urodzona w 1946 roku artystka ma dzisiaj 73 lata. Nie chcę jej wypominać jej wieku, ale moje doświadczenie podpowiada mi, że zazwyczaj kobiety w tym wieku wyglądają nieco inaczej. Nie uważam też, że jest coś złego w poddawaniu się różnego rodzaju zabiegom, które przedłużają wygląd charakterystyczny dla młodych ludzi. Zazwyczaj pociągają one za sobą duże środki i są to zabiegi wymagające sporo samozaparcia, a nawet cierpienia. Moim zdaniem, nie ma w tym nic złego, podobnie jak nie ma nic złego – w mojej opinii – w zmarszczkach, które są znakiem upływu czasu.

Ale czy z przytoczonego wyżej performance nie wynika, że takie działania są złe? Że są narzucone przez niewłaściwie kulturowe wzorce. Ergo – powinny zostać odrzucone. Artystka ewidentnie jednak tego nie odrzuca. Przeciwnie, bardzo mocno dba o to, by tym wzorcom podlegać. Jednocześnie artystka utrzymuje, iż jest wyjątkowo niezależna, szczególnie czujna i odporna na wszelkie niesprawiedliwe i krzywdzące wzorce. Skoro swoim życiem zaświadcza, że nie są one takie złe, jej sztuka przestaje znaczyć.

Inna kwestią często podnoszoną przy okazji omawiana twórczości Abramović jest wytrzymałość fizyczna artystki na ból, znoszenie ekstremalnych sytuacji fizycznych i psychicznych. Zjada cebulę z łupinką („Marina and Onion”) albo jak w ostatnich swoich działaniach siedzi nieruchomo naprzeciw obcych ludzi przez 10 godzin dziennie i patrzy im w oczy („The Artist is present”). Jak mówi Anda Rottenberg, Abramović uprawia performance jak sport ekstremalny: „Bada granice wytrzymałości ciała na ból”[2].

Dlaczego to robi? Jaki jest sens tych działań? Próżno szukać jasnych i przekonujących odpowiedzi.

Można jednak założyć, że – tak jak w sporcie – ćwiczenie ciała, ukazywanie jego nieoczekiwanych możliwości (zjedzenie całej, ogromnej cebuli z łupinką może budzić jakiś rodzaj podziwu) jest wartością samą w sobie. Obcowanie z tym może nas czegoś nauczyć, np. że nie warto eksperymentować na własną rękę. Jednak i tutaj – jeśli sięgniemy teraz po biografię artystki – kryje się pewien fałsz.

Marina Abramović jasno i zdecydowanie mówi „nie” macierzyństwu. Sama przyznaje się do aborcji. Co więcej widzi sprzeczność w byciu matką i artystką. Nie twierdzę, że każda artystka musi czy powinna być matką. Nie twierdzę nawet, że każda kobieta powinna być matką. Ale uważam, że jeśli jest w kondycji człowieka taki wysiłek, który wpływał w tak ekstremalny sposób na jego ciało, stawiał przed tym ciałem olbrzymie wymaganie i jednocześnie doprowadzał do sytuacji bolesnych, a czasem wręcz granicznych – to jest to ciąża i poród. Co więcej, jest to wysiłek nie bezużyteczny, ale przeciwnie, prowadzący do powstania i narodzin nowego człowieka. Być może nie każda artystka to matka, ale każda matka – przynajmniej przyjmując kategorie artystyczne działań Mariny Abramović
– to artystka, bo każda ciąża i narodziny, a później trudy wychowania to niesamowity performance. Dodatkowo owoc tego performance jest nieporównywalny z jakimkolwiek owocem performance Abramović. Tym owocem jesteśmy my. Dlaczego miałbym podziwiać działania Abramović, jeśli mam wokół siebie o wiele prawdziwsze artystki, z moją własną mamą na czele i ze mną, jako rezultatem tego działania.

Może potrzeba właśnie bezowocnych działań Abramović – na zasadzie przeciwieństwa – by sobie to uświadomić? Jej sztuka, podobnie jak masa bezowocnych działań prowadzących do niczego, uświadamia nam, jaką wartością jest stworzenie czegokolwiek. Jeżeli jednak szukamy tego rodzaju usprawiedliwień dla działań, jak ją określają specjaliści, jednej z najważniejszych artystek współczesnych, to rzeczywiście mamy do czynienia ze znakiem czasu. Znakiem ostrzegawczym przed nieuchronną katastrofą.