PB – Jak powstał cykl „Raport smoleński”?

MK – Materiały, przemyślenia pojawiały się przez parę lat. Sam moment rozpoczęcia
malowania cyklu to jest zeszły rok. Interesowałem się tym tematem, przekazem w mediach,
a także badaniami na ten temat jako zwykły obserwator. I starałem się w moim malarstwie zachować reżim prawdopodobieństwa, bo choć te rzeczy nadal nie są wyjaśnione,
niektóre dowody są nadal w Moskwie, to jednak pewne badania były prowadzone i korzystając z własnych możliwości starałem się to zobrazować. Ten cykl zawiera pięć obrazów.

PB – Na koniec już chciałbym Cię jeszcze zapytać o jedną rzecz. Mamy teraz dziesiątą rocznicę tragedii, ale mam wrażenie, że mówi się o niej coraz mniej. Komisja sejmowa, która miała nas doprowadzić do prawdy zawiodła oczekiwania. Stanął pomnik, ale żywa pamięć jakby wygasła. Powstał film „Smoleńsk” przez wielu mocno krytykowany, ale nie powstało żadne bardziej wybitne dzieło. Nikt się tym tematem już nie zainteresował. Także w kulturze, sztuce zdaje się niewiele osób to interesować. A Ty się jednak tym tematem zająłeś. Dlaczego?

MK – Są dwa punkty widzenia. Przede wszystkim podjąłem go sam dla siebie, żeby też wszystkie przemyślenia, przeżycia z wielu lat podsumować. Chciałem ten etap zamknąć w swoim życiu artystycznym. Zostawić próbę opisania rzeczywistości. A druga kwestia – to że nasze pokolenie tak to potraktowało, to jest świadectwo naszego pokolenia. A co będzie dalej, tego nie wiemy. Przecież czas Powstania Warszawskiego, renesans Żołnierzy Wyklętych, też trzeba było czekać kilka dekad, zanim te tematy wróciły.

PB – Jednak wtedy był totalitaryzm, mówienie o Żołnierzach Wyklętych spotykało się z represjami. Dziś tak nie jest.

MK – Nie chcę wchodzić w politykę, ale jednak nie jest tak, że można o tym swobodnie mówić. Myśląc o tragedii smoleńskiej nie patrzę na to w kategoriach politycznych, jest to ważne po prostu dla mnie osobiście. I jestem przekonany, że te rzeczy będą pokazywane, z czasem. Może to pokolenie musi wymrzeć, żeby następne pokolenie sobie wprost powiedziało, jak to było. Nie jest tak, że ktoś stoi nad nami z karabinami, ale jest ostry reżim wewnętrzny, psychiczny związany z polityką, która weszła we wszystko, edukację, kulturę etc. Pistolet nie musi na biurku leżeć, ale każdy wie, że jak zrobi coś nie tak, wylatuje na kopach. Nadal tak jest.

Marcin Kędzierski

malarz

studiował na Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie, na Wydziale Grafiki. Dyplom uzyskał w Pracowni Plakatu profesora Mieczysława Wasilewskiego. W latach 1997-1998 tworzył gościnnie na Wydziale Malarstwa, w pracowni prof. Leona Tarasewicza. W roku 2004 założył Grupę Miejską zajmującą się artystycznym komentowaniem życia w mieście oraz działaniem w przestrzeni publicznej.

PB – Jak powstał cykl „Raport smoleński”?

MK – Materiały, przemyślenia pojawiały się przez parę lat. Sam moment rozpoczęcia
malowania cyklu to jest zeszły rok. Interesowałem się tym tematem, przekazem w mediach,
a także badaniami na ten temat jako zwykły obserwator. I starałem się w moim malarstwie zachować reżim prawdopodobieństwa, bo choć te rzeczy nadal nie są wyjaśnione,
niektóre dowody są nadal w Moskwie, to jednak pewne badania były prowadzone i korzystając z własnych możliwości starałem się to zobrazować. Ten cykl zawiera pięć obrazów.

PB – Na koniec już chciałbym Cię jeszcze zapytać o jedną rzecz. Mamy teraz dziesiątą rocznicę tragedii, ale mam wrażenie, że mówi się o niej coraz mniej. Komisja sejmowa, która miała nas doprowadzić do prawdy zawiodła oczekiwania. Stanął pomnik, ale żywa pamięć jakby wygasła. Powstał film „Smoleńsk” przez wielu mocno krytykowany, ale nie powstało żadne bardziej wybitne dzieło. Nikt się tym tematem już nie zainteresował. Także w kulturze, sztuce zdaje się niewiele osób to interesować. A Ty się jednak tym tematem zająłeś. Dlaczego?

MK – Są dwa punkty widzenia. Przede wszystkim podjąłem go sam dla siebie, żeby też wszystkie przemyślenia, przeżycia z wielu lat podsumować. Chciałem ten etap zamknąć w swoim życiu artystycznym. Zostawić próbę opisania rzeczywistości. A druga kwestia – to że nasze pokolenie tak to potraktowało, to jest świadectwo naszego pokolenia. A co będzie dalej, tego nie wiemy. Przecież czas Powstania Warszawskiego, renesans Żołnierzy Wyklętych, też trzeba było czekać kilka dekad, zanim te tematy wróciły.

PB – Jednak wtedy był totalitaryzm, mówienie o Żołnierzach Wyklętych spotykało się z represjami. Dziś tak nie jest.

MK – Nie chcę wchodzić w politykę, ale jednak nie jest tak, że można o tym swobodnie mówić. Myśląc o tragedii smoleńskiej nie patrzę na to w kategoriach politycznych, jest to ważne po prostu dla mnie osobiście. I jestem przekonany, że te rzeczy będą pokazywane, z czasem. Może to pokolenie musi wymrzeć, żeby następne pokolenie sobie wprost powiedziało, jak to było. Nie jest tak, że ktoś stoi nad nami z karabinami, ale jest ostry reżim wewnętrzny, psychiczny związany z polityką, która weszła we wszystko, edukację, kulturę etc. Pistolet nie musi na biurku leżeć, ale każdy wie, że jak zrobi coś nie tak, wylatuje na kopach. Nadal tak jest.

Marcin Kędzierski

malarz

studiował na Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie, na Wydziale Grafiki. Dyplom uzyskał w Pracowni Plakatu profesora Mieczysława Wasilewskiego. W latach 1997-1998 tworzył gościnnie na Wydziale Malarstwa, w pracowni prof. Leona Tarasewicza. W roku 2004 założył Grupę Miejską zajmującą się artystycznym komentowaniem życia w mieście oraz działaniem w przestrzeni publicznej.