fot.-Katarzyna-Kural-Sadowska
Film Petera Weira „Stowarzyszenie umarłych poetów” oglądałem jakieś trzy dekady temu, będąc w liceum i wówczas wywarł na mnie wrażenie. Przypuszczam, że głównie z powodu mojego ówczesnego wieku, ale także klimatu roku 1989, który sprzyjał kontestacji, rewolucji i buntowi. Walka z opresyjnym systemem szkolnym ukazana w filmie dobrze korespondowała z hasłami walki z komuną, choć przecież z peerelem filmowa szkoła nie miała wiele wspólnego. Łatwo też było utożsamić charyzmatycznego nauczyciela granego przez Robina Williamsa, z którymś z opozycyjnych bohaterów tego czasu. Myślę, że obieraliśmy przesłanie tego obrazu na podobnych rejestrach jak płytę „The Wall” grupy Pink Floyd skądinąd muzycznie bardzo ciekawą.

Czy każdy nastolatek, także w innych, mniej rewolucyjnych czasach, ma potrzebę takiego buntu, nie jest rzeczą przesadnie oczywistą. Podobnie jak wcale nie jest oczywistym to, czy istnieje coś takiego jak naturalny konflikt pokoleń. Jest to jednak temat na inną dyskusję. Z duża dozą pewności można jednak założyć, że całkowite odrzucenie tradycji, obowiązkowości, pilności, samodyscypliny w procesie wychowawczym nie jest dobre. Oczywiście pojęć tych nie rozumiem w sposób skrajny, pracowitość nie oznacza przecież pracoholizmu, podobnie dyscyplina nie oznacza fizycznej przemocy.

Przesłanie zarówno filmu, jak i książki, na kanwach której powstał stanowią manifest nowego wychowania – prądu obecnego w pedagogice od końca XIX stulecia, który – dziś to chyba widoczne – wniósł do edukacji wiele dobrego, ale także wiele złego. Idee samorealizacji, odejścia nauczyciela od roli wychowawcy, opartej na autorytecie i hierarchii i zastąpienia go towarzyszem zostawiającym uczniowi autonomię i nie ingerującego w proces nauczania, doprowadziły do wielu niekorzystnych zjawisk, z drastycznym obniżeniem poziomu nauczania na czele. Nowej dynamiki dodała tym koncepcjom kontrkultura lat 60. upolityczniająca ideę twórczej samorealizacji i łącząca ją z odrzuceniem tzw. „burżuazyjnego porządku klasowego”.

Manifestem szkolnej rewolucji w duchu kontrkultury jest późniejszy o dziesięć lat od książki Schulmana film „If” w reżyserii Lindseya Andersona, który nie kończy się już samobójstwem ucznia przegrywającego z opresyjnym systemem, ale nieco surrealistyczną krwawą jatką dokonaną przez abiturienta na pedagogach. Jednak intelektualni liderzy tego nurtu czuli fałsz głoszonych przez siebie haseł – syn socjologa Pierre’a Bourdieu wspominał jak jego ojciec, który sporą część swego dorobku przeznaczył na zwalczanie nierówności w edukacji i braku mobilności społecznej, bardzo martwił się, że syn nie dostanie się do elitarnej i tradycyjnej francuskiej szkoły administracji i pozostanie mu tylko jakaś poślednia uczelnia[1].

Jednak najpełniej migracja pojęć związanych z edukacją, widziana jest na planie haseł istotnych dla szkoły obserwowanej przez nas na ekranie: tradycja, honor, dyscyplina, doskonałość; ze „słowami skrzydlatymi”, którymi są raczej: różnorodność, otwartość, tolerancja. Czy to oznacza, że osiągnęliśmy stan idealny? Nie do końca. Sądząc z rosnącej popularności szkół katolickich[2]. nie tylko w Polsce, ale i na świecie – szkół, które niegdyś uważano za awangardę opresji, gdzie koedukacja – o zgrozo! – nie dotarła. Nie jest wcale tak dobrze. Następuje raczej odwrót od szkół wyemancypowanych.

Tymczasem „Stowarzyszenie umarłych poetów” powróciło właśnie za sprawą spektaklu granego w warszawskim Och! Teatrze Krystyny Jandy, który wyreżyserowany został przez Piotra Ratajczaka, a główną rolę charyzmatycznego nauczyciela zagrał Wojciech Malajkat. Spektakl został skonstruowany bardzo sprawnie i w gruncie rzeczy tradycyjnie, bez awangardowych atrakcji. Można rzec, iż to stara, dobra teatralna szkoła, bez brutalności, gadżeciarstwa; oparta na tekście, choreografii, muzyce. Akcja toczy się wartko wśród prostej scenografii będącej skrzyżowaniem klasy szkolnej i skate-parku, a właściwie rampy – rozszerzonej niecki o zaokrąglonych ściankach szczytowych. Na te ścianki wbiegają ubrani w mundurki uczniowie, by zaakcentować różnicę między lekcją a przerwą. Dynamiczne zestawianie i ponowne rozstawianie szkolnych ławek także podkreśla rozwój akcji zmierzającej w stronę coraz większego emancypowania się uczniów spod szkolnej opresji. Figurą emancypującą jest grany przez Malajkata nauczyciel – John Keating. Malajkat, jak przystało na wytrawnego aktora, sprawdza się w tej roli i gdybym – co jest nieuchronne – porównał go z Robinem Williamsem, to wypadłby bardzo dobrze. Nie próbując na siłę od tego mocnego wzoru się odciąć, jednocześnie tworzy własną postać i doskonale łączy poczucie humoru, ironię z nieco patetycznym zachwytem nad poezją, który to zachwyt próbuje zaszczepić uczniom. Trzeba przyznać, że to zadanie ułatwia mu kontekst – pozostałe dorosłe postaci: dyrektor szkoły (Mirosław Kropielnicki) oraz ojciec jednego z uczniów, to postaci dość proste, nakreślone wyraźną kreską. Reprezentanci opresyjnego systemu grani są bez zbytnich niuansów. Na tym tle poruszający się tanecznym krokiem i nieoczekiwanie wchodzący na biurko Keating jest postacią barwną i pociągającą za sobą nie tylko uczniów, ale i widownię.

Sztukę ogląda się dobrze, nie nudzi, tylko… powstaje pytanie o aktualność jej przesłania. Moim zdaniem zdezaktualizowało się ono podwójnie. Po pierwsze z uwagi na to, od czego zacząłem – szkoła bezstresowa, wolne wychowanie nie zdało egzaminu. By coś uczniom dała, szkoła zawsze niestety musi wiązać się z jakimś rodzajem opresji. Opresji oczywiście nie rozumianej skrajnie jako przemoc fizyczna. Jednak wdrożenie uczniów do systematycznej pracy, wymaganie, ocenianie i stres związany ze sprawdzaniem jest niezbędny. Nigdy wiedza nie będzie wchodzić sama do głowy, nigdy edukacja nie stanie się radosną zabawą. Chociaż oczywiście zaangażowany i lubiący swoją pracę nauczyciel zawsze jest skarbem. Mam wrażenie, że ta sztuka nie mówi o takim nauczycielu, mówi ona o kimś innym, o nauczycielu-guru, który zamienia naukę w inicjację. Nie tyle uczy o literaturze i poezji, ale inicjuje do jej tworzenia. Trochę to pachnie hasłami w rodzaju: każdy może być artystą, każdy może być poetą.

Druga dezaktualizacja wynika właśnie z konsekwencji odrzucenia tradycyjnych metod nauczania. Problem jest taki, że poezja, która w sztuce jest obszarem wolności przeciwstawionej systemowej edukacji jest dzisiaj, w obliczu wszechobecnej popkultury, raczej symbolem nudnego szkolnego rygoru niż dla niego alternatywą. Podczas spektaklu obserwowałem licznie zgromadzonych na widowni młodych ludzi. Czy aby dobrze rozumieją oni o co tu chodzi? Zacząłem zastanawiać się nad tym tym poważniej, gdy siedzący obok mnie chłopak w wieku gimnazjalnym, podczas podniosłej deklamacji poetyckich juweniliów uczniów Keatinga jął zawzięcie dłubać sobie w uchu. O wiele bardziej zaangażowany w odbiór był człowiek siedzący tuż przede mną, który mógł być w moim wieku, choć modne, podarte na kolanach dżinsy i trampki na nogach świadczyły o tym, że wciąż ceni sobie młodzieżowy styl. Może właśnie dla takich ludzi jest ta sztuka? Dla pokolenia, które wchodziło w dorosłość przez bramę „Stowarzyszenie umarłych poetów” trzy dekady temu i wciąż, wbrew rozsądkowi i doświadczeniu, wierzy, że kiedyś przyjdzie taki Keating i wyzwoli zakutych w mundurki uczniów skoszarowanych w męskiej szkole? Dla mnie większą utopią są dziś pozbawieni uroków koedukacji uczniowie w mundurkach i z niepokojem zastanawiam się, czy kiedyś będą jeszcze takie stare, dobre, opresyjne szkoły?

przypisy

[1](Francois Garcon, Republikanin na wielkim dworcu, „Rzeczy Wspólne” nr 10, 4/2012, s.129)

[2]warszawa.naszemiasto.pl/artykul/katolickie-szkoly-w-modzie-warszawiacy-coraz-czesciej,1052637,art,t,id,tm.html