Do końca marca na Zamku Królewskim w Warszawie trwa wystawa „Znaki wolności. O trwaniu polskiej tożsamości narodowej”, otwarta z okazji obchodów Stulecia Odzyskania Niepodległości. Ekspozycja obejmuje aż trzydzieści reprezentacyjnych sal z niespełna pięciuset dziełami sztuki, uzupełnionymi materiałami dokumentalnymi. Twórcy wydarzenia mierzą się z polskim dziedzictwem XX wieku, tworząc jedną z najbardziej monumentalnych wystaw ostatnich lat. Jednakże media na tę wyjątkową ekspozycję odpowiadają zaklętą ciszą (pomijając kilka wyjątków, o czym dalej). Dlaczego wystawa takiego formatu zostaje przemilczana? Powodem może być albo strach wiążący naszą krytykę artystyczną, bądź głęboko zakorzeniona niezdolność i programowa niechęć do podjęcia tematów wywoływanych przez twórców warszawskiej ekspozycji.

„Tchórze…”

Raz jeszcze zastanówmy się, jak to możliwe, że wystawa takiego formatu – biorąc pod uwagę zarówno skalę pokazu, temat, kontekst oraz, co najważniejsze, poziom artystyczny – doczekała się dotychczas zaledwie kilku recenzji? Nawet nie sama ilość jest największym kłopotem naszej krytyki, lecz jakość tych nielicznych omówień, opartych na stałym schemacie: piszący wchodzi w kostium przewodnika po wystawie, wymienia poszczególne tytuły dzieł, referując jednocześnie założenia przyjęte przez organizatorów wydarzenia. Wszystko okraszone skromniutką dawką własnej opinii, byle tylko „nie wychylić się” i nie dać punktu zaczepienia potencjalnym adwersarzom. Ile zyskałyby „Znaki wolności…” na rzetelnej analizie jakiegokolwiek z licznych aspektów wystawy (nie wyobrażam sobie całościowych, wyczerpujących recenzji) lub znaczenia poszczególnych dzieł w obrębie ekspozycji i wyłaniających się z jej warstwy wizualnej (oraz audialnej, wszak na wystawie ważną rolę odgrywa też dźwięk) problemów ideowych. Istotniejsze od pytania o kierunek poszukiwania polskiej tożsamości okazały się rewelacje o dodanym „na dziko” zdjęciu braci Kaczyńskich[1]. W tym jednym przypadku dziennikarze wykazali znaczną wrażliwość na kształt ekspozycji. Mniejsza o to, czy zdjęcie polityków powiesił ten, czy inny pracownik. Wraz ze zmierzającą do zamknięcia wystawą między palcami ucieka nam kolejny pretekst do podniesienia poziomu debaty publicznej i zastanowienia się nad wartościami kształtującymi najbliższe nam otoczenie. Uważam, że warto czasami podnieść głowę znad nagłówków donoszących o jałowych sporach i zająć się tematami nieprzynoszącymi natychmiastowych „kliknięć”, nie przekładających się na towarzyską pozycję, a nawet narażających autora na środowiskowe przytyki.

Jak nazwać dziennikarzy i krytyków artystycznych, którzy boją się podejmować tematy niezbywalnie związane z prawdziwą sztuką?

„… niedołęgi…”

Wspomniana wielość dzieł wpływa na emocjonalny charakter „Znaków wolności…”, co podkreślał dyrektor Zamku, Wojciech Fałkowski:

[…] ta ekspozycja jest takim skumulowanym ładunkiem emocji, nie tylko przekazem historycznym, prowokującym do myślenia i refleksji, zadumy nad dekadami, które upłynęły, ale także wyraźnym przesłaniem emocjonalnym. I jednocześnie takim „spięciem” między znakomitymi dziełami sztuki i bardzo bogatą warstwą dokumentacyjną[2].

Podobną opinię przedstawił w rozmowie prywatnej autor scenariusza wystawy, Łukasz Kossowski, zachęcając mnie do impresyjnego zwiedzania. W przypadku jednorazowej wizyty na Zamku Królewskim możemy zapomnieć o zorientowaniu się w całości proponowanych treści. Skupienie się na emocjonalnym wymiarze ekspozycji pozwoli nam „wchłonąć” atmosferę i klimat, tworzonej przez artystyczno-dokumentalną mozaikę zgromadzonych obiektów. Przechadzając się przez kolejne sale „serce roście” na widok niezwykłych dzieł, jakie udało się zgromadzić  w zamkowej przestrzeni. Wielkie nazwiska polskiej sztuki gwarantują wysoki poziom artystyczny, jednocześnie duże wrażenie robi dobór dzieł mniej znanych twórców, często zaskakująco trafnie wpisujących się w tradycję. Niech za przykład posłuży mi praca „Gra w kulki – Ojciec”, wybrana tutaj spośród wielu innych (zarówno przez wzgląd na bliskie mi przesłanie pracy, a także osobistą sympatię do autorki, Zenony Cyplik-Olejniczak). Monumentalny fotogram przedstawia ojca artystki – spoglądającego dumnie ułana dosiadającego wierzchowca – ostrzelanego kolorowymi, paintballowymi kulkami. Dzieło ukazuje odrzucenie historii na rzecz banalnych rozrywek, przesłaniających tradycyjne wartości. To pierwsza warstwa znaczeniowa obiektu. Kiedy przekierujemy uwagę na kontekst jego powstania, gest artystki dokonującej symbolicznej przemocy na wizerunku ojca, dzieło otwiera się na szereg innych znaczeń.

Wróćmy do ogólnych uwag o ekspozycji. Organizatorzy osnuli narrację wystawy wokół dzieł Jana Matejki – „Batory pod Pskowem”, „Konstytucja 3 Maja”, „Rejtan. Upadek Polski”, „Kazanie Skargi”, stanowiącymi kolejne przystanki i punkty odniesienia dla wydarzeń historycznych lat 1914-1989. Płótna mistrza porządkują ekspozycję, lecz przyznam szczerze, że nie zmieniają w znaczący sposób odbioru wystawy, stanowiącej splot wielu nakładających się na siebie kontekstów historycznych i znaczeń.

Dzieła sztuki najnowszej wchodzą w twórczy dialog zarówno z historią, jak i rodzimą tradycją artystyczną. Świadczy to o szukaniu oryginalnej tożsamości narodowej, przejawiającej się w nawiązywaniu do określonych toposów, tematów i konwencji wizualnych. Wyróżnię dwa przykłady: wspomniany „Rejtan. Upadek Polski” Matejki zestawiony z kadrem dokumentującym samospalenie Ryszarda Siwca w 1968 roku i malarskim komentarzem Jerzego „Jurry’ego” Zielińskiego – obrazem „Gorący”, lub fotografia żołnierzy Armii Krajowej na tle leśnego krajobrazu zestawiona z „Patrolem powstańczym” Maksymiliana Gierymskiego, którym przeciwstawiono wizerunek żołnierzy Wermachtu agresywnie burzących sielskość obsianego pola na płótnie „Niemcy” Ludwika Maciąga. Emocjonalny wymiar wystawy sprzyja myśleniu o polskiej historii w kategoriach teleologicznych czy nawet teologicznych. Zestawienie zdjęć dokumentujących walki warszawskich powstańców w 1944 roku i codzienności w getcie z dramatycznym obrazem Jerzego Tchórzewskiego „Ukrzyżowanie” z 1979 roku skłania do spojrzenia na cierpienia Warszawiaków w perspektywie mesjanistycznej. Z drugiej strony narracja tego rodzaju rodzi niebezpieczeństwo odarcia historii z racjonalnej warstwy ludzkich czynów i postaw podlegających ocenie. Zdaje sobie z tego sprawę autor scenariusza wystawy, który w katalogu pisze: „Huk płomieni. Heroiczna walka powstańców. W przestrzeni historii – beznadziejna. W  przestrzeni ludzkiej godności i honoru – wyjście jedyne z możliwych, ofiara na obrazie Jerzego Tchórzewskiego utożsamiona z ofiarą Chrystusa”[3]. Oddać należy, że ostatecznie i na wystawie zasygnalizowano ambiwalencję działań i tragiczną sytuację Polski w trakcie II wojny światowej – wątek ten zamyka wymowny „Don Kichot” Felicjana Szczęsnego Kowarskiego.

Odnajdywanie odniesień pomiędzy poszczególnymi dziełami i analizowanie znaczenia konkretnych rozwiązań kuratorskich stanowi dla mnie największą wartość dodaną zamkowego pokazu. Chylę czoła przed ogromem pracy wykonanym przez autorów scenariusza wystawy – Łukaszem Kossowskim i Ireną Kossowską – którzy odnaleźli i wydobyli sporą ilość obiektów nieznanych lub zapomnianych, a te popularne i opatrzone już wieloma komentarzami osadzili w kontekście uwypuklającym rozpoznane dotychczas znaczenie albo pozwalającym odczytać dzieło w nowy sposób. Podziw budzi wrażliwość wizualna, z jaką zestawiono poszczególne obiekty. Zatrważa dokumentalne zdjęcie przedstawiające widok na katyńskie doły śmierci. Z jednej strony wymowę fotografii wzmacniają wyeksponowane poniżej gabloty z pamiątkami znalezionymi przy ciałach pomordowanych oficerów. W mniej dosłowny sposób zdjęcie funkcjonuje poszerzone o  dwa obrazy umieszczone po prawej stronie – dzieło Leona Tarasewicza pt. „Obraz nr 7” i niezatytułowane malowidło Tomasza Tatarczyka z 2004 roku – tworząc niemalże monochromatyczną sekwencję rozpoczynającą się od rozświetlonego masowego grobu, stopniowego zanikania jasności na płótnie Tarasewicza i głuchego mroku na ostatnim z obrazów.

Poszerzenia ekspozycji o dzieła sztuki najnowszej dokonano w sposób oryginalny oraz pozbawiony pretensjonalności. Obiekty wpasowują się w wystawę i nie rażą bylejakością czy płytkością na tle zakorzenionych w tradycji dzieł i wizerunków. Związane jest to z przyjętym – jak sądzę – kluczem doboru pomijającym sztukę spod sztandaru „zmiany społecznej”. Właśnie dzięki temu wystawa wzrusza, podejmując tematy niezbywalne – nasze (zarówno jednostkowe, jak i z perspektywy narodu) miejsce w historii, problem odpowiedzialności wobec minionych pokoleń i poszukiwania oparcia o określone wartości. Na Zamku Królewskim próżno szukać obiektów nawiązujących do feminizmu, post- czy transhumanizmu, afirmacji LGBT (QIA+…) i pozostałych nurtów ilustrujących zalew lewicowej agendy, obecnych częstokroć na zdecydowanej większości wystaw sztuki najnowszej.

Pisząc o „Znakach wolności” wziąłem na siebie obowiązek obrony wartości prezentowanych na wystawie i oceny jej znaczenia w oparciu o doznanie do szpiku kości subiektywne – własne wzruszenie i emocjonalne poruszenie, co w zasadzie wyklucza mój głos ze współczesnej debaty o roli i powinnościach kultury. Nawet jeżeli ktoś postanowi potraktować mnie poważnie, to niewątpliwie „podkładam się” argumentami płynącymi bardziej z serca, niż z rozumu. Świadomy tych zagrożeń odwrócę ewentualny zarzut. Podstawowe ludzkie uczucia i reakcje – na zasadzie wyrabiania odruchu warunkowego – rugowane są z dyskusji o sztuce. Problemem nie są emocje oddalające od prawdy sztuki. Sęk w tym, że jako ludzie dysponujemy wartościami wynikającymi z prawa naturalnego. Na tej podstawie upieram się, że rozmowa o kulturze odnosząca się do emocji (ale nie emocjonalności i taniej czułostkowości)  jest możliwa, chociaż próbę taką należy opatrzyć wstępnymi założeniami.

Szukanie porozumienia powinniśmy zacząć od odrzucenia jednej z najbardziej szkodliwych społecznie doktryn, jaką jest instytucjonalna teoria sztuki. W myśl tej koncepcji to „świat sztuki” ma monopol na ustalanie kryterium ważności dzieł. Skutkuje to całkowitą dowolnością i uznaniem prowadzącego do błędnego koła zdania mówiącego o tym, że „wszystko, czym artysta splunie, jest sztuką”. Pierwszych przejawów tej koncepcji należy upatrywać w działalności Marcela Duchampa, którego przedmioty ready-mades przewietrzyły myślenie o sztuce. Jednak od czasu awantury o „Fontannę” skrajne poszerzenie definicji dzieła sztuki w mniejszym stopniu przyczyniło się do podniesienia jakości twórczości artystycznej, a raczej umożliwiło niczym nieograniczony rozkwit działalności różnej maści hochsztaplerów – zarówno twórców, jak i kuratorów – wciskający po dziś dzień odbiorcom kit, w najlepszym przypadku pozbawiony treści i znaczenia, najczęściej jednak promujący skrajnie zideologizowaną wizję świata. Przywołajmy słowa słynnego historyka sztuki, Ernsta Gombricha:

Nie potępiam Duchampa za spłatanie figla. Potępiam natomiast nas wszystkich za to, że mówimy o nim po tylu latach, za to, że jesteśmy przy tym tak poważni, i za to, że wywodzimy z owej psoty nową definicję sztuki[4].

Zgadzam się z Gombrichem. Co więcej, uważam dowcip Duchampa za wielce udany i ciekawy do analizy na wielu poziomach. Podobnie ma się sprawa z epigonami twórcy „Fontanny” – nie potępiam zdrowego humoru i prób mierzenia się z nadętym często do niedorzecznych granic światem „kultury wysokiej”. Rzecz w tym, że prawdziwa sztuka jest jednym z niewielu fenomenów, które poza płytkim kuglarstwem dysponuje możliwością sięgania i odkrywania „czegoś więcej”. Przyjęcie instytucjonalnej teorii sztuki zamyka wszelką dyskusję, a jej orędownikom pozwala śmiać się w twarz wszystkim szukającym w sztuce prawdy i pozamaterialnych wartości, niekoniecznie promujących określone idee polityczne i społeczne.

Konieczne są czyste intencje adwersarzy. Rozmowa o sztuce prowadząca ku prawdzie możliwa jest tylko wtedy, gdy cel stanowią wyższe wartości – bez oglądania się na miecz Damoklesa, którego jedną stroną jest ideologiczne zacietrzewienie, drugą środowiskowa akceptacja, zaś dyndający bezpośrednio nad głową czubek ostrza to możliwość wypchania kieszeni, mówiąc językiem Witkacego „problem chlebowy” (nie widzę nic złego w zarabianiu na sztuce, przy założeniu, że po wszystkim możemy bez wstydu spojrzeć w lustro). Zgodzę się, że rolą sztuki jest zadawanie prowokujących pytań, przekraczanie możliwości ułomnego języka, a być może nawet transgresja. Wskazane strategie powinny być jednak środkiem tylko i wyłącznie wtedy, gdy uczciwie staramy się dociekać samego rdzenia rzeczywistości i zmierzamy ku doskonaleniu człowieka i ubogaceniu jego duchowej sfery (niech będzie nawet, że jedynie psychicznej – to mój ukłon dla fanatyków „szkiełka i oka”), przy czym zwracamy jednocześnie uwagę na jakość wykonywanych dzieł.

Ideowa mielizna (zatruta w istocie ideologicznym jadem) promowana przez znaczną większość instytucji wystawienniczych zdaje się nie przeszkadzać rodzimym uczestnikom kultury. Moją opinię przedstawiam jako przejaw zdrowego rozsądku i wyrazu oczywistości, będącą jednak – poza nielicznymi wyjątkami – głosem wołającego na puszczy. Czy istnieje jakakolwiek szansa na odwrócenie tendencji całkowitego zatracenia się w ideologicznych konstruktach przesłaniających twórczość artystyczną? Mam nadzieję, że znaczna część „ludzi kultury” nie straciła jeszcze na dobre możliwości przeżywania uczuć wyższych, przejawiających się m.in. emocjonalnym podejściem do sztuki. Niedowład tego rodzaju może wydawać się niegroźny dla dotkniętego „duchowym paraliżem”, ale sam problem nie jest wydumany. Kulturowo niedołężne elity społeczne nie będą w stanie stworzyć i twórczo mobilizować prawidłowo funkcjonującego społeczeństwa. Piszą o tym mądrzejsi ode mnie – vide artykuł Artura Grabowskiego w czasopiśmie „Arcana”[5] („Kultura, której nie mamy”).

„… czy przemilczacze

Zarówno w tym artykule, jak i wszystkich pozostałych, kieruje mną „przyjaźń osobista połączona z najjadowitszą nawet i niepozbawioną dowcipu walką ideową”[6]. Ten wzniosły postulat, postawiony przed polską krytyką artystyczną blisko dziewięćdziesiąt lat temu, jeszcze nigdy nie był tak odległy od spełnienia jak obecnie[7].

Powróćmy do „Znaków wolności…”. Warszawski pokaz został przemilczany (nieliczne wyjątki w tym przypadku raczej potwierdzają regułę). Zdaje się, że związane jest to przede wszystkim z „tchórzostwem” rodzimego środowiska kulturalnego. Trudno znaleźć krytyka, który przeciwstawi się środowiskowej opinii. Odważni mogą jedynie stracić – przede wszystkim towarzyskie uznanie, które w tym zawodzie stanowi nieomal o wszystkim. Bez obracania się w odpowiednich kręgach opinia jest mało warta i jako taka nie nadaje się do publikacji. Sprawy nie ułatwia promowany obecnie model humanistyki (post-humanistyki?), która z rewolucyjnym zacięciem nastawiona jest na przewartościowanie niemalże wszystkich sfer życia. Trzeba poświęcać czas na odgruzowywanie wrażliwości i zdrowego rozsądku będących normą dla przeszłych pokoleń i poszukiwanie autorytetów poza głównym obiegiem medialnym. Takie podejście wymaga wysiłku. Zdecydowanie prościej jest sprawę przemilczeć, z czym mamy do czynienia w przypadku warszawskiego pokazu. „Przemilczacze” bywają na innych wystawach i dla innych idei łamią pióra, jednak w ich słownikach brakuje słów do opisu „Znaków wolności”. Sama wystawa wcale nie jest trudna, nawet jeżeli po pierwszym zwiedzeniu ekspozycji trudno jest odkryć wiele z zawartych na niej treści i kontekstów. Mimo gigantycznych rozmiarów „Znaki wolności…” cechuje szczególny rodzaj prostoty, niosącej za sobą ukojenie. Po wystawie zostaje z nami świadomość zawiłych XX-wiecznych losów naszej Ojczyzny, ale również – może nawet mimo wszystko – duma z przynależności do polskiej kultury.

przypisy

[1] Por. Kaczyńscy na dostawkę. Tak Zamek Królewski w Warszawie manipuluje swoją wystawą, https://www.newsweek.pl/kultura/kaczynscy-na-dostawke-tak-zamek-krolewski-w-warszawie-manipuluje-swoja-wystawa/yr8rlkj [dostęp online: 15 lutego 2019 roku], T. Urzykowski, Tak w państwie PiS fałszują historię. „Dyrektor Zamku kazał powiesić zdjęcie Kaczyńskich”, http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,24324618,tak-w-panstwie-pis-falszuja-historie-dyrektor-zamku-kazal.html [dostęp   online: 15 lutego 2019 roku], Do wystawy na stulecie niepodległości w Zamku Królewskim dodano zdjęcie Kaczyńskich, https://kultura.onet.pl/wiadomosci/do-wystawy-na-stulecie-niepodleglosci-w-zamku-krolewskim-dodano-zdjecie-kaczynskich/pmd2d41 [dostęp online: 15 lutego 2019 roku], Zdjęcie braci Kaczyńskich w sali poświęconej Solidarności z lat 80-81 dodane po otwarciu wystawy. „Na polecenie dyrektora”, https://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/588302,jaroslaw-kaczynski-lech-kaczynski-pis.html [dostęp online: 15 lutego 2019 roku], A. Gersz, Zdjęcie braci Kaczyńskich w Zamku Królewskim. Zawisło w dziwnych okolicznościach, https://natemat.pl/259387,zdjecie-braci-kaczynskim-zawislo-w-zamku-krolewskim-wczesniej-go-nie-bylo [dostęp online: 15 lutego 2019 roku].

[2] A. Kondek-Dyoniziak, Wystawa „Znaki wolności” na Zamku Królewskim w Warszawie https://niepodlegla.dzieje.pl/wydarzenie/wystawa-znaki-wolnosci-na-zamku-krolewskim-w-warszawie [dostęp online: 16 lutego 2019 roku].

[3] Znaki wolności. O trwaniu polskiej tożsamości narodowej [kat. wystawy], red. T. Wolsza, I. Kossowska, Warszawa 2018, s. 284.

[4] Cyt. za: L. Sosnowski, Rewolucja w nauce i sztuce, „Estetyka i Krytyka” 2005-2006, nr 9/10, s. 224-241.

[5] A. Grabowski, Kultura, której nie mamy, „Arcana” 2018, nr 144, s. 6-23.

[6] St. I. Witkiewicz, Tchórze, niedołęgi czy „przemilczacze” (Słonimski, Winawer et Comp.), [w:] tegoż, Pisma krytyczne i publicystyczne, Warszawa 2015, s. 222.

[7] Niniejszy artykuł odnosi się do tekstu Witkacego Tchórze, niedołęgi czy „przemilczacze” (Słonimski, Winawer
et Comp.)
, zatrważającego w swojej aktualności. Zob. Ibidem, s. 219-236.