Źródło zdjęcia: news.sky.com
Około godziny dziewiętnastej w poniedziałek 15 kwietnia 2019 roku cały cywilizowany świat wstrzymał oddech. Do mediów dotarła wiadomość o pożarze paryskiej katedry, znanej większości z kultowej disnejowskiej animacji „Dzwonnik z Notre Dame”. W stolicy kraju będącego symbolem nieudanej polityki multikulturalizmu, targanego od wielu miesięcy protestami „żółtych kamizelek” nagle podnosi się larum z powodu zniszczenia jednego kościoła. Dlaczego?

Podczas gdy w katedrze wciąż szalały płomienie, użytkownicy mediów społecznościowych prześcigali się w utwierdzaniu słuszności własnych hipotez. W postaci idącej wzdłuż balkonu katedralnej wieży, uwiecznionej na kilkosekundowym, amatorskim filmie, „prawicowi” twitterowicze dopatrzyli się charakterystycznych cech – długiej brody, turbanu i ciągniętej na sznurku kozy. Z drugiej strony oświeceni admiratorzy „świeckiego państwa” z pełnym przekonaniem odrzucili możliwość intencjonalnego podłożenia ognia – zarówno przedstawiciele „religii pokoju” podkładający tu i ówdzie bomby lub wjeżdżający ciężarówkami w tłum, jak i skrajnie antyklerykalne lewackie bojówki rozmiłowane w używaniu koktajli Mołotowa automatycznie wyłączono spoza jakichkolwiek podejrzeń. Wydaje się, że wobec nieracjonalnej polaryzacji znacznej części opinii publicznej dojście do jakichkolwiek wiążących ustaleń dotyczących źródeł tragedii wydaje się niezmiernie trudne, o ile nie niemożliwe do przeprowadzenia.

Niewątpliwie poniedziałkowa tragedia poruszyła wielu ludzi, niezależnie od reprezentowanych poglądów. Waga wydarzenia mierzona ilością medialnych informacji i komentarzy jest olbrzymia – o zniszczeniu symbolu katolicyzmu, perły gotyckiej architektury, mówi się wszędzie. Zadziwiające, że degradacja budynku sakralnego w zachodniej Europie, gdzie świecące pustkami kościoły coraz częściej przerabiane są na centra handlowe, kawiarnie i dyskoteki, wzburzyła tak wielką ilość ludzi. Analizując reakcję na pożar paryskiej Notre Dame, nie mogę odeprzeć skojarzeń związanych z lekturą „Portretu Doriana Graya” Oscara Wilde’a. Irlandzki pisarz przedstawił w swojej powieści pięknego młodzieńca, którego uroda pozostaje nieskazitelna pomimo upływu lat i popełniania najgorszych występków. Wszystko za sprawą magicznego portretu, „przejmującego” grzechy przedstawionego na nim modela. Odmalowany na obrazie wizerunek starzeje się i szpetnieje, symbolizując upadek moralny bohatera.

W poniedziałkowy wieczór na chwilę odsłonił się przed nami portret Doriana Graya. Zobaczyliśmy wnętrze kościoła trawione przez płomienie, upadającą iglicę i zniszczony dach katedry. Świat z zapartym tchem śledził informacje o kolejnych częściach budowli poddających się sile ognia. Na naszych oczach upadała jedna z najważniejszych katolickich świątyń, wizytówka Francji, a szerzej – symbol Starego Kontynentu, jedno z najwyższych osiągnięć cywilizacji łacińskiej. Tragiczny spektakl, w którym główną rolę odegrała paryska Notre Dame, dobitnie wyraża stan ducha Europejczyków. Od dłuższego czasu jesteśmy świadkami degeneracji kultury wypracowanej na gruncie cywilizacji łacińskiej. Przestrzenie muzealne coraz częściej wypełniają obiekty bez znaczenia, etykietowane naprędce modnymi postmodernistycznymi bzdurami. Słowo „galeria” kojarzą nam się już niemal wyłącznie z handlem, zaś najgłośniejsze debaty poświęcone teatrom wywołują kurioza w rodzaju „Klątwy” Olivera Frljića czy – lokalnie – złośliwostki w poznańskim Teatrze Polskim, siłą rozpędu nazywane spektaklami. Kreatywność artystyczna polega obecnie na żonglerce topowymi ideologiami – a to kij od miotły jako wyraz ucisku kobiet i utrwalonego patriarchatu, zapuszkowane odchody odnoszące się do pozycji twórcy w świecie sztuki lub seks z psem na przekór złowieszczego antropocenu. Bezmyślna karuzela rewolucji, transgresji i subwersji, rozumianych jako wartości same w sobie, kręci się ku uciesze rozpasanego świata sztuki i wobec obojętności pozostałych. W obliczu obecnego stanu kultury pożar wspaniałej Notre Dame doprawdy stanowi stratę „tylko” jednego kościoła. Sugeruję spojrzeć na paryską tragedię przez pryzmat stanu całości europejskiego dziedzictwa i sposobów jego utrwalania. Z tej perspektywy katedra jawi się jako pomnik ginącego świata, prawdziwy portret szalejącej dookoła (anty)kultury.

Ze zniszczenia Notre Dame wyciągnąć można jeszcze jedną lekcję. Paląca się katedra ujawniła potęgę prawdziwej sztuki, wraz z olbrzymimi możliwościami jej społecznego oddziaływania. Pomimo nielicznych żenujących przypadków, większość komentarzy odnoszących się do poniedziałkowej tragedii odnosiła się z wielkim szacunkiem przede wszystkim do artystycznego znaczenia budowli. Spontaniczne deklaracje o wsparciu odbudowy katedry – zarówno te oficjalne, jak i prywatne – świadczą przede wszystkim o poczuciu odpowiedzialności za dziedzictwo o wielkim znaczeniu dla współczesności. Widzę w tym lekcję dla włodarzy dysponujących środkami na rodzimą kulturę. W chwilach kryzysu okazuje się, że sztuka ma znaczenie i jest dla ludzi ważna. Pod jednym warunkiem – musi być to sztuka „prawdziwa”. Przypadek paryskiej Notre Dame pokazuje, że pojmowane jest to intuicyjnie, bez wsparcia chóru specjalistów wyjaśniających ukryte znaczenie dzieła (czy wyobrażają sobie Państwo podobnie emocjonalne reakcje w przypadku zniszczenia dzieł sztuki najnowszej?).

Warto zastanowić się nad lekcjami, jakie daje widok ruiny paryskiej katedry. Jedną z nich jest potrzeba wsparcia sztuki odnoszącej się do ponadczasowych wartości. Te ostatnie prędzej czy później przeminą, skazując na zapomnienie „awangardowe” pomysły wszelkiej maści „postępaków”. To średniowieczna katedra wyrażająca transcendentne piękno w zuchwale zaprojektowanych formach stanowi po dziś dzień najprawdziwszą awangardę, zaś geniusz jej architektów przyczynił się do trwającego wiele wieków postępu myśli konstruktorskiej.