17 sierpnia 2018

Wolna miłość, czyli nocne igraszki w Galerii Arsenał

Galeria Miejska Arsenał postanowiła zaprosić grupę „Coven Berlin”, która zajmuje się, jak można dowiedzieć się ze jej strony internetowej, m.in. erotyką analną, zabawą fekaliami, a także sztuką. „Coven Berlin” razem z grupą „Dziewczyństwo” wezmą udział we wrześniowej imprezie pt. „Bedtime”, w  ramach której „kolektywistki z obu grup zapraszają chętne i chętnych do wskoczenia z nimi do trzymetrowego łoża z baldachimem”.

Informację o nadchodzącym wydarzeniu rozpowszechniło Radio Poznań, akcentując – jak to zwykły robić media – jego najbardziej pikantne  elementy. Jak się zdaje, dyrektor Galerii Arsenał – Marek Wasilewski, wolałby, aby media w tym właśnie momencie zachowały się jak pruderyjna ciotka i nie wspominały o analno-fekalno-erotycznych upodobaniach niemieckich gości mających zawitać do Galerii.

Cóż, mleko się rozlało. Nocne sesje łóżkowe, w ramach których bywalcy Arsenału będą mogli zakosztować wytworów inwencji grupy „Coven Berlin”, straciły chyba swój tajemniczo-romantyczno powab, a zyskały smrodek odbytniczych wyziewów. I nie pomogają zapewnienia dyrektora, że nic z tego do Galerii owi goście nie przywiozą, co oznacza, że: albo dyrektor puszcza tutaj oko do tych, dla których ta informacja nie tyle jest straszakiem, ale dodatkowym wabikiem, lub też dyrektor będzie cenzorskim gestem starannie dobierał elementy nocnych sesji, sprawdzając z latarką pod baldachimowym łożem, czy grupa „Coven Berlin” realizuje założenia, które opisane zostały w poddanym „kontroli” konspekcie.

Wsłuchując się w wypowiedź dyrektora udzieloną TVP 3 Poznań na temat owego wydarzenia, uderzyła mnie jej niespójność. Z jednej strony dyrektor zapowiada, że nic z tych rzeczy, o których mówią media, nie będzie miało miejsca, z drugiej strony oskarża media o szerzenie moralnej paniki. Jeżeli dyrektor odrzuca możliwość zaistnienia w galerii pornografii czy też erotyki analnej – to po pierwsze sam stoi na straży moralności. A dlaczego ktoś strzegący moralności miałby oskarżać innych o szerzenie moralnej paniki?

Jednak inna część wypowiedzi wprawia w jeszcze większe zdumienie. Dyrektor wspomina o „wolnej miłości”, komentując, że ktoś, kto dziś krytykuje ten niewątpliwy dowód postępu, naraża się na śmieszność. Zaryzykuję salwy śmiechu czcicieli owej „wolnej miłości” i powiem, że sam termin „wolna miłość”jest dla mnie piramidalną bzdurą. Miłość prawdziwa kojarzy mi się raczej z czymś przeciwnym, czyli dobrowolną niewolą. Domyślam się, że Wasilewskiemu nie chodziło o prawdziwą miłość, tylko o seks, czyli spółkowanie, a mówiąc „wolność”, miał na myśli raczej „dowolność”. Problem ten jest tak stary, jak kłopoty mieszkańców Sodomy. Muszę przyznać rację Wasilewskiemu: swoboda obyczajów seksualnych rzeczywiście stała się dziś bardzo rozpowszechniona, może nie aż tak, jak w owym biblijnym mieście, w którym –  przypomnijmy – mieszkańcy podjęli szturm domostwa cnotliwego obywatela w celu skonsumowania znajomości z dwoma Bożych posłańcami. Oczywistość powszechnego uznania różnorodnych form uprawiania seksu, uniezależnionego od wszelkich zasad społecznych i biologicznych, stała się wręcz dogmatem, którego podważenie i publiczne krytykowanie rzeczywiście może spowodować nie tylko śmiech, ale i publiczny ostracyzm, a może i nawet sankcje karne, jak w przypadku owego pastora w Szwecji, który odważył się upowszechniać w kościele stanowisko św. Pawła w sprawie rozpusty.

Zostawiając na boku ten niezwykle interesujący wątek, prowokujący pytanie o to, co działo się zazwyczaj z cywilizacjami, które zaczęły uznawać za swoje największe osiągniecie możliwość spółkowania z kim, jak i gdzie popadnie, zastanówmy się raczej jak ta apologia tzw. wolnej miłości odnosi się do wydarzenia w Galerii Arsenał. Czy nie jest to potwierdzenie intuicji dziennikarzy, że owe nocne sesje mają jednak jakiś związek z wyzwolonymi od konwenansów seksualnymi igraszkami? Skoro seks wyzwolony, to dlaczego nie analny? I tu pętla się zamyka, wracamy do punktu wyjścia i informacji medialnej o wydarzeniu, której dyrektor Wasilewski jakby zaprzecza, a z drugiej strony ją potwierdza. W języku prawniczym nazwano by to pewnie sprzecznością w zeznaniach. Ja ani nie jestem prawnikiem, ani nie zamierzam występować w roli oskarżyciela, sędziego czy adwokata. Poruszamy się w obszarze kultury, więc skorzystam z cytatu klasyka i powiem: „obywatelu, nie pieprz bez sensu!”.