25 października 2018

„Zimna wojna” – sztucznie podgrzewane emocje

Film „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego na ekranach polskich kin pojawił się późną wiosną tego roku i zaraz po premierze okrzyknięto go arcydziełem, a odtwórczyni głównej roli – Joanna Kulig – została kandydatką do Oscara. W internecie roi się od entuzjastycznych recenzji i gratulacji dla twórców. W morzu tych pozytywnych, trudno wyłowić krytyczną opinię. Czyżbyśmy rzeczywiście mieli do czynienia z przykładem absolutnego majstersztyku reżysersko-realizatorskiego i geniuszu aktorskiego?

Miłość – Niemiłość

            II połowa  lat 50. XX wieku, Paryż, studio nagrań. Dwoje młodych, atrakcyjnych ludzi rozdzielonych zimną taflą szyby. Dyrygent-kompozytor i wokalistka spoglądają na siebie. Kobieta śpiewa po francusku polski, ludowy utwór w jazzowej aranżacji. W pewnej chwili mężczyzna jej przerywa: „Zula, to jest puste” – mówi…

             „Zimna wojna” opisywana jest jako historia wielkiej i trudnej miłości dwojga ludzi, którzy nie potrafią być ze sobą i jednocześnie nie mogą bez siebie żyć[1].  Skomplikowana, pełna namiętności relacja pary, przez krytyków (zawodowych i amatorów) oceniania jest jako prawdziwa, głęboka miłość, która wszystko przezwycięży, a sposób budowania i ukazania uczucia łączącego tych dwoje, jako znakomity. Pawlikowski w relacji miłosnej skupia się zarówno na psyche jak i erosie. Tworzy miłość idealną (…) prezentuje miłość bez granic, miłość, do której dążyło wielu. Przelewając miłość do swojej zmarłej żony na papier, tworzy najwspanialszy związek w historii filmu – czytamy w jednej z recenzji[2]. Czy to rzeczywiście piękna miłość? I czy w ogóle miłość?

            Historia Zuli Lichoń (Joanna Kulig) i Wiktora Warskiego (Tomasz Kot) rozpoczyna się na początku lat 50., w powojennej, stalinowskiej Polsce. On jest początkującym dyrygentem, który wraz z trenerką tańca, Ireną Białecką (Agata Kulesza) i urzędnikiem aparatu partyjnego, towarzyszem Kaczmarkiem (Borys Szyc) powołuje do życia ludowy Zespół Pieśni i Tańca „Mazurek”, ona – uczestniczką trwających właśnie przesłuchań. Zuchwała Zula od początku wpada w oko kapelmistrzowi. Warskiego fascynuje plotka, jakoby Lichoń zamordowała swojego ojca w samoobronie przed próbą gwałtu, a ubiegając się o członkostwo w zespole, zafałszowała swoje dane (utrzymywała, że jest góralką, choć w rzeczywistości pochodziła z Tomaszowa Mazowieckiego). Między tymi dwojga szybko wybucha namiętny romans – para przeżywa erotyczne uniesienie w toalecie, tuż po występie inaugurującym działalność „Mazurka”. Chwilę później Zula i Wiktor leżą obok siebie na łące. „Będę z tobą zawsze, wszędzie i na wieki” – wyznaje dziewczyna rozmarzonemu partnerowi. Ten błogostan przerywa wyznanie zawarte w kolejnym zdaniu: „Kapuję na ciebie”. Okazuje się, że w trosce o własne dobro (Zula ma wyrok w zawieszeniu za „wymierzenie sprawiedliwości” ojcu), młoda wokalistka donosi na dyrygenta aparatczykowi Kaczmarkowi. Między kochankami dochodzi do poważnego spięcia, okraszonego wiązanką najpospolitszych przekleństw, jednak  po chwili spędzają  romantyczny wieczór przy ognisku. To początek sinusoidy ich relacji, złożonej z amplitud dramatycznych rozstań i pełnych euforii powrotów. W momentach prosperity związku, wygłaszają wzniosłe wyznania i składają uroczyste przysięgi: „Kocham cię, nie wyobrażam sobie życia bez ciebie” (podczas planowania wspólnej ucieczki do Paryża na Zachód, której ostatecznie dokonał sam Wiktor); „By móc być z tobą, wzięłam ślub z innym mężczyzną (gdy spotykają się w Zagrzebiu, z którego Warski zostaje deportowany do Paryża w wyniku donosu Kaczmarka); „Poczekam na ciebie, wyciągnę cię stąd (kiedy Lichoń odwiedza ukochanego w obozie dla więźniów politycznych, do którego trafił za nielegalne przekroczenie granicy stref okupacyjnych w Berlinie; „Kocham cię nad życie, ale najpierw muszę się wyrzygać” (po koncercie, podczas którego dowiadujemy się, iż Zula jest matką dziecka Kaczmarka); „Ślubuję ci miłość i że cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak nam dopomóż Bóg. Teraz jestem twoja na wieki” (w ruinach starej cerkwi, tuż przed popełnieniem samobójstwa przez Lichoń i Warskiego).

            Zulę i Wiktora z pewnością łączy namiętność, podsycana dramatycznymi rozstaniami, wyjazdami i powrotami (często przybierających kształt schadzek w różnych miejscach), prowadząca do samobójczej śmierci. W europejskim dorobku kulturalnym sporo jest przykładów uniesień serca, zrywów o charakterze gwałtownego, wyniszczającego żywiołu. Nie szukając daleko: Romeo i Julia, Tristan i Izolda, a za nimi cała plejada bohaterów doby romantyzmu z Werterem na czele. Trudno jednak tego typu zrywy emocjonalne nazywać miłością, mimo że  już w szkole wpaja się młodzieży etos romantycznego uczucia. Tymczasem miłość nie jest destrukcyjna, nie niszczy i nie zabija. Nie polega też na zaspokajaniu chwilowych potrzeb, lecz na wiernym trwaniu, na oddaniu i obopólnym szacunku. Próżno ich szukać pomiędzy Zulą a Wiktorem. Związek głównych bohaterów „Zimnej wojny” to przykład patologicznej, toksycznej relacji dwojga niedojrzałych, pogubionych osób z problemami emocjonalnymi, które bardziej się wzajemnie ranią niż ubogacają. Mimo upływu lat ich relacja nie ewoluuje, a oni sami nie wyciągają żadnych wniosków z wcześniejszych zachowań i nietrafionych decyzji. W odniesieniu do postaci z antycznych dramatów, a później utworów romantycznych, zwykło się używać frazy „bohater tragiczny”, czyli znajdujący się w obliczu nierozwiązalnego konfliktu powinności wobec bogów i ludzi. Każdy jego wybór wiąże się z okropną reperkusją i musi prowadzić do nieuchronnej zguby. Do tej tradycji zdaje się nawiązywać reżyser „Zimnej wojny”, kreując Zulę i Wiktora jako postaci, nad którymi ciąży quasi-antyczne fatum. Trudno jednak się z tym zgodzić. Podczas oglądania filmu nie sposób oprzeć się wrażeniu, że problemów w relacji głównych bohaterów, winni są przede wszystkim oni sami. Lichoń i Warski mają wolną wolę i dokonują w zgodzie z nią wyborów, w konsekwencji których nieustannie się od siebie oddalają. Za niepowodzenia w ich relacji trudno obwiniać inne postaci czy też upatrywać ich przyczyny w panującej wówczas sytuacji politycznej czasu tzw. zimnej wojny. Wpływ pozostałych bohaterów, jak i warunków życiowych na losy Zuli i Wiktora jest drugo- lub nawet trzeciorzędny (oglądając film niejednokrotnie zastanawiałam się nad tym, czy wpisanie relacji głównych bohaterów w konkretne czasy ma większe znaczenie, skoro w znaczący sposób nie determinują jej one). Prawdziwa zimna wojna trwała bowiem nieustannie pomiędzy Lichoń i Warskim, niszczącymi się nawzajem.

W historii znajomości tych dwojga moją uwagę znacząco przyciągnęły dwa momenty. Pierwszy z nich – sytuacja z paryskiego studia nagrań – został przytoczony na wstępie. Zdanie wypowiedziane wówczas przez Wiktora („Zula, to jest puste”) zdaje się nie tylko określać odczucia towarzyszące mu podczas słuchania utworu wykonywanego przez jego partnerkę. Tych zaledwie kilka słów charakteryzuje ich całą relację. Szumne wyznania, pretensjonalne deklaracje i patetyczne gesty, a pod nimi pustka i brak pokrycia. Schizofreniczno-paranoiczna wizja: kocham cię, lecz na ciebie donoszę; nie wyobrażam sobie bez ciebie życia, ale też nie chcę go z tobą dzielić; jesteś dla mnie wszystkim, więc cię biję i zdradzam. Tak właśnie wygląda „miłość” głównych bohaterów „Zimniej wojny” – osób niedojrzałych, działających nieracjonalnie i  niekonsekwentnie.

W pewnej chwili miałam wrażenie, że w związku Lichoń i Warskiego nastąpi przełom, będący skutkiem refleksji nad dotychczasowym życiem. „Co myśmy narobili?” – pyta zbolałym głosem Zula, odwiedzając ukochanego w więzieniu (to drugi ze wzmiankowanych powyżej momentów). Chwilę później dowiadujemy się jednak, że Lichoń ma dziecko z innym mężczyzną, i że wcale się ono dla niej nie liczy. Podejmuje bowiem decyzję o ucieczce z Warskim. Kolejna, ostatnia scena, dowodzi braku logiki w postępowaniu bohaterów: „od teraz jestem twoja aż do końca życia” – deklaruje Zula, po czym wraz z partnerem popełnia samobójstwo.

            Należy wyrazić niepokojącą obserwację, iż chęć zekranizowania burzliwej, patologicznej relacji między dwojgiem artystów staje się w polskiej kinematografii wyraźną tendencją. Kilka miesięcy temu na ekrany kin wszedł bowiem film ukazujący bliźniaczo podobną relację – Zuzanny (nomen omen) Bartoszek (Justyna Wasilewska) i Wojciecha Bąkowskiego (Jacek Poniedziałek) – pary współczesnych performerów. Związek Bohaterów „Serca miłości” Łukasza Rondudy, to  tak, jak w przypadku Zuli i Wiktora, wieczna sinusoida – wyniszczająca wojna, występująca na przemian z chwilami erotycznych uniesień. Bartoszek zapytana, czym jest dla niej miłość odpowiada: „Chuć i wspólne zainteresowania? Nie wiem, nie mam definicji miłości. W naszym wypadku to coś pomiędzy symbiozą a ciągłą walką” i bez zażenowania opowiada o będących normą kłótniach, obraźliwych wyzwiskach, krzykach, groźbach i przemocy fizycznej oraz psychicznej, awanturach  przeplatanych łóżkowymi ekscesami[3].

W tym miejscu ciekawostka. Uczucie Zuli i Wiktora rozpoczyna się w Pałacu w Karolinie.  Historia tego miejsca też wiąże się z toksyczną i egoistyczną relacją, zakończoną tragedią. W XVIII w. zamożny Niemiec wybudował tam dworek, w którym zamieszkał wraz z żoną, Karoliną. Po pewnym czasie nawiązał romans z młodą służącą. Aby pozbyć się żony, ogłosił, że ta zachorowała i trafiła do zakładu dla osób obłąkanych, tymczasem w rzeczywistości została zamknięta w piwnicach rezydencji, gdzie niedługo potem zmarła. Zanim stał się siedzibą filmowego „Mazurka” (a w świecie rzeczywistym „Mazowsza”), Pałac w Karolinie był jeszcze zakładem dla nerwowo i psychicznie chorych…

„Zimna wojna” i odgrzewane kotlety

            „Zimnej wojnie” z pewnością nie można odmówić świetnych rozwiązań estetycznych – zarówno jeśli wziąć pod uwagę ścieżkę dźwiękową, jak i stronę wizualną filmu. Ludowe utwory znakomicie brzmiały zarówno w wykonaniu ludowego zespołu, jak i w nowej, jazzowej aranżacji. Niewątpliwym atutem jest tu talent wokalny odtwórczyni głównej bohaterki, Joanny Kulig. Udanym zabiegiem było też uczynienie leitmotivem utworu „Dwa serduszka” i przywoływanie go w szczególnie znaczących momentach filmu, co pozwoliło go zrytmizować. Niezbywalnym atutem „Zimnej wojny” są też piękne, czarno-białe zdjęcia w pełnym planie. Wpatrywanie się w wysmakowane, wyczyszczone kadry to niewątpliwa przyjemność – z jednym tylko „ale”. Oglądając „Zimną wojnę” ma się nieodparte wrażenie, że „gdzieś to już było”. I owszem. To samo rozwiązanie formalne wykorzystane zostało kilka lat wcześniej w „Idzie” – innym filmie Pawlikowskiego. Czy podobieństwa wizualne mają się również  przełożyć na te semantyczne? Trudno odpowiedzieć, w jakim stopniu ten zabieg był zamierzony, a w jakim posłużono się po prostu sprawdzonym i legitymizowanym przez entuzjastyczne recenzje efektem, który miał być gwarantem sukcesu „Zimnej wojny”.

Strona wizualna to bowiem nie jedyny element łączący dwie ostatnie kinowe realizacje Pawlikowskiego. Historie bohaterów rozgrywają się w podobnym przedziale czasowym; w obu Joanna Kulig wciela się w rolę wokalistki, występującej z zespołem, a Agata Kulesza gra charyzmatyczną postać drugoplanową – samotną twardo stąpającą po ziemi kobietę; w jednym i drugim filmie pojawiają się te same motywy: rozdroże, elementy sakralne jako pewnego rodzaju „ozdobniki” i symbole polskości, motyw samobójstwa. I wreszcie, a właściwie przede wszystkim – zarówno w jednym, jak i drugim przepadku, fabułę stanowią losy młodej, pogubionej kobiety z traumatyczną przeszłością, która błądząc i często stawiając wszystko na jedną kartę, usiłuje odnaleźć w życiu własną drogę do szczęścia.

„Ida” to zapewne nie jedyny punkt odniesienia dla Pawlikowskiego przy realizacji „Zimnej wojny”. Niektórzy w obrazach stalinowskiej rzeczywistości, dopatrują się również zapożyczeń z „Powidoków” Andrzeja Wajdy i filmu „Ręce do góry” Jerzego Skolimowskiego. Przede wszystkim jednak w „Zimnej wojnie” widać wpływ literatury Milana Kundery, głównie powieści „Nieznośna lekkość bytu” oraz „Żart”, których tło również stanowi komunistyczna rzeczywistość. Pierwszy z utworów opisuje historię burzliwej relacji chirurga Tomasza i jego partnerki. Oprócz emigracji oraz rozstań i powrotów do ukochanej, z postacią Witolda łączy go również degradacja zawodowa z powodu represji politycznych. Zarówno przywołana powieść, jak i film Pawlikowskiego, kończą się tragiczną śmiercią zakochanych. Tym z kolei, co „Zimną wojnę” zbliża do „Żartu” Kundery, poza uczuciowym pogubieniem głównego bohatera i przymusem odbywania przez niego kary z przyczyn politycznych (skutek skonfliktowania z władzą), jest eksponowanie folkloru. Świat twórczości ludowej – w jednym i drugim przypadku stanowi istotny kontekst. Piosenki o takim charakterze wykonuje Zula – ukochana Wiktora, śpiewała je Helena, z którą romansował Ludvik. I tu, i tu mamy zespół ludowy, który ostatecznie zaczyna funkcjonować na usługach partyjnych propagandzistów, i tu i tu folkowym utworom przychodzi się zmierzyć z jazzem – muzyką zza żelaznej kurtyny.

            Jak się okazuje „Zimna wojna” to utwór wieloskładnikowy. Jej autor czerpał z szerokiego wachlarza dorobku kulturalnego, przy tworzeniu zarówno warstwy wizualnej, jak i konstruując fabułę filmu. Jak można zaobserwować, wybierał sprawdzone elementy i motywy, które w przypadku innych realizacji, przyniosły sukces…

O co ta batalia?

            Każda wojna, także ta zimna, toczona jest nie tylko pomiędzy dwiema stronami, ale również w konkretnym celu. Film Pawlikowskiego nie powstał wyłącznie po to, by poszerzyć dorobek twórczy reżysera, przydać mu sławy czy wzbogacić go o kolejne nagrody. Odnoszę wrażenie, że to walka o coś znacznie więcej. „Zimna wojna” to element realizowanego na naszych oczach szeroko zakrojonego planu – transgresji kinematografii. I nie mam tu na myśli nurtu undergroundowego, zapoczątkowanego w latach 50. w USA, ani też kina wyrastającego z ducha awangardy (patrz „Kino Transgresji”). Przełamywanie barier nie jest już teraz domeną niszowych realizacji, ale mainstreamową tendencją. Pod estetyzującym płaszczykiem, imitującym dawne, klasyczne kino, przemycane są zgoła odmienne treści i wartości.

Czy „Ida” to wyłącznie historia o poszukującej swych korzeni nowicjuszce? Wygląda na to, że z uporządkowaniem trudnej przeszłości problem ma nie tyle tytułowa Ida, co sam autor filmu. Dziewczyna staje się tylko pretekstem do pokazania, politycznie poprawnej, wersji historii Holocaustu i wypaczonego obrazu osób duchownych. Ze spokojnych, pięknych kadrów wybrzmiewa nieprawdziwe przesłanie: Żydów mordowali nie Niemcy, lecz polscy chciwi i zakłamani chłopi. „Zimna wojna” to również drwina z wiary katolickiej (Zula już na początku denuncjuje, że jest osobą wierzącą, choć jej deklaracja nie przekłada się na czyny), ślubu kościelnego i samej przysięgi małżeńskiej, ale także przenicowanie znaczenia prawdziwej miłości.