Rzadko pojawia się na ekranach kin film mówiący o sztuce współczesnej. A jeśli już tak się zdarza, to sztuka współczesna jest albo mitologizowana i ukazywana jako dzieło ludzi niezwykłych, albo totalnie krytykowana, przedstawiana jako wytwór hochsztaplerów. Dlatego film „The Square” Rubena Östlunda, który jest niezwykle przenikliwą krytyczną analizą świata sztuki współczesnej, jednakże prowadzoną z niezwykłym wyczuciem reguł panujących w tym świecie – co przejawia się także w jego wizualnej stronie, jest dziełem wyjątkowym. Problemów związanych ze sztuką współczesną i światem sztuki poruszonych w filmie jest mnóstwo, jednak przede wszystkim „The Square” stanowi przenikliwy portret dyrektora muzeum sztuki współczesnej. Choć postać jest fikcyjna, nakreślony zestaw cech i zachowań jest na tyle prawdziwy, że można go zastosować do opisu dyrektorów i kuratorów wielu europejskich galerii, także kuratorów z naszej części Europy, do czego przejdę w dalszej części tekstu, odnosząc się do opublikowanych właśnie dzienników Andy Rottenberg. Zacznijmy jednak od samego filmu.

Fabuła rozwija się w dwóch kierunkach, spaja ją jednak postać wspomnianego już dyrektora muzeum sztuki współczesnej – Christiana. Jeden wątek dotyczy jego życia prywatnego i rozpoczyna się od sceny zuchwałej kradzieży w drodze do pracy. Drugi związany jest z przygotowywaną w muzeum wystawą „The Sqaure”. Wątki te przecinają się i kończą totalną katastrofą głównej postaci, katastrofą, która może być jednak początkiem refleksji nad własnym działaniem.

Okradziony w ulicznej ustawce dyrektor postanawia odzyskać swoje rzeczy. Udaje mu się namierzyć skradziony telefon w bloku na przedmieściach miasta. Lokalizacja jednak nie jest precyzyjna –  wiadomo jedynie, że złodziej jest mieszkańcem bloku. Dyrektor podchwytuje pomysł swojego pracownika i  pisze list z żądaniem zwrotu skradzionych rzeczy, który drukuje w wielu kopiach i wkłada je w drzwi mieszkań w tymże budynku. Pomysł okazuje się skuteczny – złodziej zwraca rzeczy. Działanie to ma jednak swój efekt uboczny – kilkunastoletni chłopak, którego rodzice otrzymawszy list posądzili o kradzież, dociera do dyrektora i próbuje wymusić na nim przeprosiny.

Równolegle do sprawy kradzieży rozwija się drugi wątek – w muzeum przygotowywana jest specjalna ekspozycja pt. „The Square”. Jej głównym dziełem jest kwadrat zakreślony w bruku, który –  jak twierdzi informacja –  jest azylem bezpieczeństwa i zaufania. Naczelne przesłanie wystawy o  tym właśnie mówi, o potrzebie zaufania do drugiego człowieka. Zgodnie z ideą bezgranicznego zaufania w jednej z sal widzowie poproszeni są o zostawienie na podłodze swojego portfela.

Niestety zaaferowany sprawą kradzieży swojego portfela i skutkami ubocznymi jego odzyskania dyrektor przestaje nadzorować kampanię promocyjną wystawy. Wyjęci spod kontroli młodzi marketingowcy biorą sprawy we własne ręce i przygotowują kontrowersyjny spot, który spełnia swoje zadanie – przyciąga gigantyczną publiczność, ale jego skandaliczna treść wywołuje falę krytyki muzeum, co w konsekwencji przyczynia się do dymisji dyrektora.

Oba tak zderzone wątki ujawniają przede wszystkim rozdźwięk pomiędzy współczesną, tzw. zaangażowaną sztuką a rzeczywistością, w której funkcjonuje większość społeczeństwa. Idea wystawy kreująca przestrzeń zaufania i bezpieczeństwa ujawnia swoją infantylność w zestawieniu z wyrafinowanymi metodami tzw. „krojenia frajera”, jakimi posługują się złodzieje okradający dyrektora. Społeczeństwem rządzi raczej zasada nieufności niż bezgranicznego zaufania. Znacząca jest scena, gdy okradziony dyrektor (elegancko wyglądający mężczyzna w średnim wieku) prosi przechodniów o możliwość skorzystania z telefonu. Nikt się nawet nie zatrzymuje. Pewnie wielu z nich, gdy pojawią się w muzeum będą z namaszczeniem czytać informacje, kiwać głową ze zrozumieniem, gdy przewodnik będzie opowiadał o potrzebie zrozumienia, zaufania i tolerancji, by zaraz po wyjściu zachowywać się tak samo, jak poprzednio. Na wystawie możesz położyć portfel, ale na ulicy pilnuj go starannie. Zresztą pracowników muzeum za bardzo nie interesuje przekaz wystawy, a cała uwaga zespołu jest zorientowana na to, jak sprzedać ów produkt, czyli wystawę. Dzięki temu możliwe będą środki na kolejne wystawy. Ta dbałość o organizowanie pieniędzy na sztukę współczesną zostaje zresztą określona przez dyrektora jako jego podstawowe zadanie w wywiadzie, który rozpoczyna film.

Rytuał obcowania ze sztuką mówiącą o tolerancji, otwartości i empatii, wydaje się być integralnie związany ze społeczeństwem, w którym każdy jest zamknięty we własnej bańce, a empatia i tolerancja jest odwrotnie proporcjonalna do częstotliwości występowania tych słów w przestrzeni publicznej.

Przykładem tej schizofrenii jest sam dyrektor. Pomysł wrzucenia listu z oskarżeniem o kradzież i żądaniem zwrotu osobistych rzeczy traktuje zrazu jako dobrą zabawę, która znika, kiedy trzeba rzeczywiście przejść się po podmiejskim bloku i roznieść list. To teren obcy – za rzeką, zamieszkiwany przez ludzi, z którymi ktoś taki jak dyrektor nie chciałby mieć za wiele do czynienia. Można oczywiście występować w ich imieniu lub ich edukować przez sztukę, ale równolegle można też czuć wobec nich pogardę zmieszaną z lękiem, traktować jako gorszy sort. Dyrektor w swojej ekologicznej i drogiej tesli przybywa na osiedle jak do niebezpiecznego rejonu, z którego jak najszybciej chce się oddalić. Wszystkich mieszkańców traktuje tak samo, tzn. jak potencjalnych przestępców, dlatego nie przyjdzie mu do głowy, że ktoś może być urażony jego listem. Nawet gdy ktoś taki pojawia się – młody chłopak walczący o swoją godność, który domaga się przeprosin – odpycha go, zrzucając ze schodów. I nawet jeśli po pewnym czasie uprzytamnia sobie znaczenie swojego czynu i próbuje przeprosić chłopca, nagrywając się na jego telefoniczną sekretarkę, jego przeprosiny przeradzają się w kuriozalne oskarżenie systemu o tworzenie przepaści pomiędzy klasami, w wyniku czego nie jest możliwie porozumienie pomiędzy nimi.

Dyrektor zachowuje się niczym zdegenerowany arystokrata, wszak dysponuje kluczami do dawnych królewskich apartamentów sąsiadujących z jego muzeum, gdzie odbywają się powernisażowe imprezy – z tą różnicą, że jego działalność zbudowana jest na powtarzaniu sloganów o równości i tolerancji. Wysublimowana sztuka towarzysząca dawnej arystokracji, która uzasadniałaby wyższość – by ją docenić trzeba być ekspertem, mającym za sobą lata zdobywania wiedzy i wykształcenia, została zastąpiona czymś bardzo prymitywnym, co nie zdaje się być przedmiotem zainteresowania samego dyrektora. Kiedy jego zastępczyni przybiega przerażona z informacją o przypadkowym uszkodzeniu instalacji złożonej z kilkunastu usypanych kopców żwiru, całkowicie opanowany dyrektor nie widzi powodu do zmartwienia, proponuje po prostu dosypanie żwiru do uszkodzonego kopca. W tej sztuce nie ma znaczenia ręka i gest artysty, skoro kopce sypali robotnicy, może też usypać dyrektor.

Film jest nie jednak tylko opowieścią o tym konkretnym dyrektorze i nawet nie o ludziach zajmujących się sztuką współczesną, o kuratorach, krytykach, artystach. Jest raczej opowieścią, co trafnie zauważył recenzent brytyjskiego pisma „Spiked” – Fraser Myers (The Square: a viscious satire on the new elite), o zachodnio-europejskiej nowej elicie intelektualnej, która zdaje się żyć w wirtualnej bańce przekonana o swojej wrażliwości społecznej, która przejawia się w tyradach podczas seminariów okraszonych bankietami czy tekstach pisanych na lotniskach i w samolotach pomiędzy jednym gościnnym wykładem a drugim. Taki typ mentalności wykształcił się także wśród elity środkowoeuropejskiej, oczywiście tylko jej części i pod warunkiem przyjęcia liberalno‑lewicowego paradygmatu.

Dobrym przykładem takiego zachowania jest dawna dyrektor najważniejszej polskiej galerii, warszawskiej Zachęty – Anda Rottenberg, której odejście w atmosferze cenzury prowadzonej przez prawicowego ministra kultury przyniosło rozgłos wśród zachodnich elit. Skrajnie lewicowe Wydawnictwo  „Krytyki Politycznej” zapowiadziało publikację jej dzienników, które powstały podczas pobytu na niemieckim stypendium w Berlinie w latach 2015-2016. Z wydanego pierwszego tomu rysuje się obraz środowiska przypominający do złudzenia ten z filmu Rubena Östlunda.

Autorka opisuje wędrówki po Berlinie, w których koncentruje się tylko na śladach nazistowskiej przeszłości, chodzi na promocje własnych książek, spotyka się z zachodnimi intelektualistami, którzy z zatroskaniem pytają o stan puszczy białowieskiej w Polsce. Troska ekologiczna zdaje się być – oprócz tropienia śladów faszyzmu – jedyną troską, która ją pochłania. Z zaangażowaniem opisuje losy bluszczu porastającego ściany jej warszawskiego mieszkania, w którym małe ptaszki chronią się przed drapieżnikami. Kiedy zauważa ekipę wycinającą fragment pnącza, przeprowadza prawdziwą krucjatę w obranie rośliny, choć robotnicy tłumaczą, że jej część oderwała się od muru i zagraża bezpieczeństwu. Posądza o urwanie bluszczu swoich sąsiadów, którzy w ramach przedświątecznych porządków czyścili okna mieszkań. Pisze o nich z dużym chłodem –

bo są to ci, których nie obchodzi los biednych ptaszków: mieszkańcy trzeciego piętra prawej oficyny domu (…) robią świąteczne porządki. Okno na drugim otacza szara mandorla muru, czym wyróżnia się od pozostałych, oplecionych zielenią. Pod wieczór wytrzepią dywany, umyją podłogi, a ich dom wypełni zapach świątecznego ciasta zmieszany z wonią żurku na białej kiełbasie. W piątek pójdą do spowiedzi. W sobotę poświęcą pokarmy i odwiedzą Groby Pańskie, może też wstąpią na rezurekcję, kościół jest tuż obok. W niedzielę przystąpią do komunii, a potem podzielą się jajkiem i zasiądą za stołem. Przez zamknięte okna nie usłyszą świergotu przerażonych ptaków, więc niczego im nie zabraknie.

Ten tekst pisze ta sama osoba, która za czasów kierowania Zachętą razem z młodą artystką ubraną w prosty fartuch i chustkę na głowie, jaką może noszą także kobiety piekące ciasta i gotujące żur na białej kiełbasie, obierała ziemniaki, których worek został rozsypany na  posadzce nobliwego gmachu. Akcja miała wyrażać solidarność z kuchenną pracą kobiet. W kontekście rzeczywistości pokazanej przez Oslunda ten rozdźwięk między przekazem sztuki; którą się pokazuje w galerii a własnym życiem; nie jest zaskakujący. W galerii można pochylić się na losem zwykłych ludzi, w życiu prywatnym górę bierze bluszcz:

Autorka zdobywa się w końcu na autokrytyczną refleksję:

Coraz częściej dopada mnie poczucie, że żyję tutaj w jakimś, otwartym w dniu przyjazdu, nawiasie, którego cała zawartość jest tylko elementem wtrąconym do głównej narracji, mniej ważnym dopowiedzeniem czy uszczegółowieniem, niemającym w zasadzie wielkiego wpływy na zasadniczą treść opowieści, do jakiej można sprowadzić każde pojedyncze życie, a więc także i moje. W tym nawiasie uczestniczę w rozmaitych naukowych seminariach, zabieram głos w dyskusjach i biesiaduję. A także chodzę na koncerty i spotkania z ciekawymi ludźmi, wypożyczam i czytam książki, coś piszę, coś publikuję i obiecuję, że znów coś napiszę albo coś wygłoszę, albo zrobię jakąś wystawę. Z zewnątrz wygląda to tak, jakbym żyła w realnej rzeczywistości, a nie w jakimś wirtualnym balonie.

Cóż, nawias to całkiem przyjemny, ale jeśli autorce doskwiera – wystarczy go przekłuć i po prostu go opuścić. Na zewnątrz można się jednak natknąć – jak pisze –  na nagrzane karki czekające na swoich wodzów od Skandynawii po Grecję. Bo – Europa (nie tylko Polska) zmierza w stronę faszyzmu – a to myśl przewodnia opublikowanego dziennika W Polsce –  pisze Rottenberg – zapewne uczestnicy Marszu Niepodległości podpalą schroniska dla uchodźców. Znacznie bliższa od tych ludzi jest autorce Róża Luksemburg, którą określa jako polską patriotkę i dziwi się, że Polacy nie pamiętają o niej. Chociaż wiadomo że Luksemburg uważała powstanie niepodległej Polski za szkodliwe dla ruchu socjalistycznego. Cóż, kiedy się żyje w wirtualnym balonie, fakty historyczne nie są tak istotne. Ten balon buduje poczucie własnej odrębności i wyższości wobec zwykłych ludzi, w których widzi się potencjalnych faszystów. Ciągłe odnajdywanie śladów wojny i Zagłady jest właściwie potrzebne do utrzymywania własnego wyjątkowego statusu –  to my, oświecona, wrażliwa i oświecona elita –  musimy powstrzymywać i edukować to społeczeństwo, bo inaczej stoczyłoby się niechybnie w samozagładę. Jakże inaczej wyjaśnić przed sobą to oderwanie od rzeczywistości – ciągłe wyjazdy, bankiety, wernisaże?

Pojawia się tutaj kluczowe pytanie –  kto utrzymuje tę wyalienowaną elitę, czy czasem nie są to ci ludzie, których boi się i jednocześnie oskarża o kradzież dyrektor szwedzkiego muzeum? Czy nie są to ci nieczuli na los ptaszków katolicy gotujący żur i święcący kiełbasę w Wielką Sobotę?